Skip to content

Bieruń starego Walentego

{słowniczek gwarowy pod tekstem}

Stary Walenty lepszego miejsca nie mógł sobie znaleźć na odpoczynek. Cholera wie, gdzie go nosiło. Mówią, że jako starożytny zadarł z cesarzem Klaudiuszem II Gockim w Rzymie, ale – jak wiadomo – kronikarze łgali na potęgę, byleby sensacje dorzucać do swoich historii, żeby się lepiej sprzedawały. Prawda była trochę inna.

Walenty był prawdziwy i żył – jak większość znaczących ludzi w historii świata – gdzieś między Pszczyną a rzeką Brynicą. Podobno dość sprawny był w lekarskim fachu. Leczyli się więc u niego ludzie, a on chodził po tym kochanym Górnym Śląsku i zatrzymywał się to tu, to tam. Od uciech nie stronił, jak to lekarz, ale i pomógł jak gdzie trzeba było. Biskupem wcale nie był, jak chcieli kronikarze, ale fakt – na farze tej czy tamtej był częstym gościem, bo leczył i z takich przykrości, które wymagają dyskrecji. Zakopywał więc te przykrości wypadające spod sutanny na łąkach, po których potem biegali młodzi kochankowie z okolicznych wsi. Z tych nieprawych miłości księżowych wyrastały kolorowe podszczypańce, piękne radosnki, miłostki, a ich zapach chronił przed zawodem miłosnym tych młodych, którzy na łąkach kosztowali pierwszych uniesień. Stąd potem ludzie zaczęli żartować, że Walenty łąki zakochanymi obsiewa. A i on sam, póki był w wieku, nieraz po tych łąkach biegał, jak tam jaka dziewczynie zbrakło karlusa. Świętym nie był – kto by i przed nim na kolana padał, to nie po to, żeby się modlić.

Zdarzyło się nawet, że ten czy ów niespieszny kawaler docierał na łąkę, a tam było już za późno. Mówią: kto sieje wiatr – zbiera burzę. Walenty siał miłość i zbierał po zębach, jeśli jaki bitny spóźniony się trafiał. Jednym z takich, co na czasie wyznać się nie umieli, był Klaudek Gocek z Bijasowic. Chłop mało rozgarnięty, ale do tego, żeby gdzie haja zrobić – pierwszy. Zresztą i nazwa wsi nie wzięła się znikąd, bo tam bijać się lubili, przez co pół wsi miało szczerbate płoty, a zawsze jakieś sztachety fruwały w powietrzu. Dość powiedzieć. że ten pieroński Gocek swego czasu zaszedł Walentego i ze trzy trzonowe wybił mu z głowy razem z amorami do – jak się okazało – Gockowej żony. A ta biedna kobieta na łąki biegała z powodu miłosnego lenistwa męża.   

Jedna z takich łąk była na Jajostach i szczerze mówiąc to od kawalerów tej osady ktoś ją tak nazwał. Tam, niedaleko drogi do Pszczyny, Walenty zakopywał wstydliwości proboszczowe z okolicy. Zmęczony kiedyś mocno, przysiadł na pieńku na rozdrożu i myślał, gdzie się tu przenocować. Pod niebem spać nie chciał, skręcił więc w stronę małego Berunia, który potem Bieruniem zaczęli nazywać. Nigdy tam jeszcze nie był, a nie były to czasy, kiedy kopalnie posyłały wyborne przewozy górnicze, więc musiał trochę dreptać. Gdzieś od Ścierni jechał wóz, więc krzyknął Walenty:

– E, synek, kaj to cie cióngnie na tyj furze?
– A dyć na Kopiec w Bieruniu jada.
– A jest tam sie kaj przekimać?
– Jezderkusie, chopie! I to stylowo, ino do tam to wos musza kąsek wcześniej z fury ściepnąć!

Za jakieś pół godziny zeskakiwał Walenty z wozu, żeby przespać się w zachwalanej i podobno stylowej karczmie na zakręcie drogi. Przenocował więc i rano przyjmował ludzi po drugiej stronie drogi. Bierunioki zawsze słynęli w okolicy z gościnności, zwłaszcza, jak co w zamian mieli, a tu mieli w zamian trochę odjętych choróbsk. Walenty na głód i nudę nie narzekał.

Zachciało mu się chwilę pobyć w tym już wtedy starym miasteczku. Chodził odwiedzać Utopca, śląskiego skrzata wodnego, złośliwego dla obcych, ale dla swoich tylko żartownego. Utopce żyły tu w obu rzeczkach: Mlecznej i Gostynce, a jednemu, co podobno miasto od pożaru uratował to i pomnik na Rynku wystawili taki, że do dziś można go oglądać. Normalnie, ktoś szturchnął świecę, czy może usnął z fajką i nieszczęście gotowe. Pierwszy dach zapłonął niedaleko Gródka, przy zbiegu obu potoków. Utopiec nie tylko w pełnych policzkach, ale i w gaciach wodę nosił i budził inne rzeczne stwory. Miasteczko, kryte strzechą od tego czasu z utopcami żyło w przyjaźni. A nierzadko taki czy inny sąsiad, wracając w natchnieniu po przepiciu dozwolonej przez żonkę kwoty, wpadał z grobli do wody, poruszony historiami przeszłości. Znajdowali go potem, jak obejmuje konar w przekonaniu braterskiego uścisku z utopcem.

  • Starówka z lotu ptaka.

Na tych samych groblach spacerował starzejący się już Walenty, który ciągle innych po łąkach swatał, a sam coraz bardziej samotne jesienie spędzał. Niby z farorzem w szkata grywał, popijając nalewki. Czasami książkami się wymieniał ze dawnym szkolorzem Bergerem, co go uczniowie dobrze wspominali. Czasami wpadała do niego Bernadetka z Lędzin, co polskiej mowy uczyła tak, że nawet ci z dalekich Bojszów w końcu potrafili powiedzieć “trzy” zamiast “trzi”. Ale to wszystko nie nie to samo, co wspólne wieczory z kimś, komu wystarczy spojrzeć w oczy i wiedzieć wszystko. Kiedyś wreszcie poszedł na groblę i spotkał tę, której uleczył wzrok dzień wcześniej. Zaszła mu drogę, spojrzała w oczy odzyskanym wzrokiem i zobaczył wszystko, co wcześniej było dla niego niewidzialne. Zaszli do jednego już domu, a że poznali się na sobie, to i tej samej nocy – zaszli w siebie i czekali na ich pierworodną i kolejne.  

Aż w końcu umęczony chłop dał sobie zajrzeć w oczy tej, która je zamyka na zawsze. Tam, gdzie stary Walenty ludziom choroby i smutki odejmował, po jego śmierci postawili kapliczkę, potem kościółek. Ludzie przestali biegać po łąkach, bo późniejsi proboszczowie, zazdrośni o te uciechy, zakazywali jak mogli. Ale kościółek został i trwa. A wokół niego miasto i ludzie. Prawdziwe i zmyślone legendy. Na najlepszym szlaku, skąd niedaleko do książęcej Pszczyny, książęcych browarów tyskich, puszczy i Wisły, jak furtka z Górnego Śląska do Krakowa.

Stary Walenty, jego stary Bieruń. Kto tam żył, wie dobrze, ile znaleźć można szlaków chwały i pogromów miłosnych, jakie sekrety i zasłonięte miejsca, które – niepozorne na pierwszy rzut oka – zostają w sercu. A serca do dziś tam lgną do ich patrona – najbardziej te spękane od posuchy, żeby stary Walenty posiał na nich kogo, z kimś odsłoni się każda dróżka.

Stary Walenty nie mógł znaleźć lepszego miejsca. I warto je po swojemu odkryć.

* * *
Słowniczek:

haja – awantura
karlus – chłopak
farorz – proboszcz
fura – wóz ciągnięty przez konia

Zdjęcia dzięki uprzejmości Przemysława Majora

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)