Artykuły,  Społeczeństwo

Dość pierdolenia

Przepraszam z góry. W tekście znajdują się wyrazy uznane za konieczne.

Dość.

Pierdolą mi od lat o ochronie życia od poczęcia. Gdyby tak było, dbaliby przede wszystkim o systemową ciągłość dobrostanu od poczęcia do śmierci. Ale to wymagałoby zbyt wiele intelektualnego wysiłku. I kasy, którą można wydać na świętobliwe fundacje i kościoły. Sensowna ochrona życia od poczęcia to nie tak ot, sprzeciw wobec aborcji, ale rzetelna edukacja seksualna, realna pomoc państwa i wszystkich zainteresowanych podmiotów dla matek i ojców, to spójne podejście do okresu prenatalnego. Dla rzekomych obrońców życia poczętego to nie jest jednak kwestia realnej ochrony, ale żądza władzy nad sumieniami. Władzy tępych wychowanków niedouczonych katechetów, którzy dla rzekomego “dobra” pójdą po trupach kobiet, trupach relacji międzyludzkich, trupach wartości, a ostatecznie również po trupach płodów abortowanych w warunkach pozaszpitalnych. Po owocach poznacie? To są właśnie owoce działań “obrońców” życia. Plus złość budzona przez bezsilność, poczucie upokorzenia, upodlenie i pochwałę ignorancji. Owoce postawy (nie poglądów) polskiego Kościoła i jego wyścigowych aktywistów.

Dość pierdolenia o “zwolennikach aborcji”, bo nie o to tu chodzi. Za każdym razem, kiedy moi bliscy czekają na dziecko – czekam z nimi. Już wtedy myślę “dziecko” – bo rodzice tego chcą. Bo matka tego chce, niezależnie od wszelkiego ryzyka – chce. Ale nikt nie zmusi kobiety, żeby została matką – choćby i urodziła. I nikt nie ma prawa – nawet potencjalny ojciec – zabraniać kobiecie tego podstawowego wyboru. Niestety, tu nie ma sprawiedliwości. Jest natura, są wartości, bywają dramatyczne sytuacje i tragiczne wybory. A nadto – bywają i te nietragiczne, kiedy kobieta po prostu nie chce być matką. Trzeba być skurwielem płci obojga, żeby wpychać kobiecie macierzyństwo, którego nie jest w stanie lub nie chce podjąć. To jest bawienie się losem i kobiety, i później dziecka. Bawienie się – tyle potrafią ci “obrońcy” życia, bo nie biorą za nie absolutnie żadnej odpowiedzialności.

Przy okazji – nie, nie ma sensu zastanawianie się w tym kontekście nad tym, czy państwo lub jakieś instytucje wezmą odpowiedzialność, jeśli kobieta donosi ciążę i porzuci dziecko.
Kobieta to nie maszyna do rodzenia, której produkty być może ktoś łaskawie przejmie.

Pierdolą jak najęci o eugenice nazistowskiej, tylko po to, by zbudować przemocową narrację – kompletnie nie licząc się z realnymi intencjami codziennych aborcji. Nikt nie robi tego, żeby budować silną rasę, ale dlatego, że nie chce być rodzicem dziecka w ogóle, albo nie chce być rodzicem dziecka z głębokim upośledzeniem, bo nie jest w stanie, według własnego osądu, podjąć takiego wysiłku i ryzyka. Trudno, bywa.

Piszę “trudno” z powodu osobistej sympatii w relacjach, jakie mnie łączyły z ludźmi głęboko upośledzonymi. Nie wiem, czy wszyscy ich rodzice zdecydowaliby się na utrzymanie ciąży, gdyby w swoim czasie mieli wiedzę o stopniu upośledzenia – a nie zawsze mieli. Być może nie poznałbym kilku wspaniałych osób. Ani one, ani ja nie wiedzielibyśmy o tym, że moglibyśmy się spotkać. Ale tak, jak się cieszę, że mogłem poznać ich i ich rodziców lub opiekunów – tak samo oburza mnie zmuszanie kogokolwiek do rodzenia kogokolwiek poza swoją wolą i siłą. Co rusz widzę próby szantażowania emocjonalnego wszystkich naokoło kretyńskimi obrazkami osób upośledzonych z komentarzem: “czy uważasz, że oni nie zasługują na życie?”. Uprzedmiotawia się tym samym ludzi do zwykłej politycznej awantury. Nikt z ludzi dopuszczających aborcję z powodów, o których tu piszę, nie jest tak skończonym draniem, żeby podobnie wykorzystywać ludzi dla świństw – bo nikt nie ma w głowie tak idiotycznych myśli. Nikt, poza rzekomymi obrońcami życia.

I nikt nie jest na tak skrajnych pozycjach, na jakie chcą zepchnąć inaczej od myślących i czujących “obrońcy” życia. Stosują prostą sztuczkę wbijania mocnego klina emocjonalnego w nierozstrzygalny problem etyczny, żeby wymusić radykalizację prezentowanych treści. Poglądów nie zradykalizują, ale prowokują do coraz silniejszych odpowiedzi i reakcji. Przy okazji, łatwiej jest stworzyć ubzdurany obraz jednej, spójnej grupy swych przeciwników, bez rozróżniania. Kto nie z nami – ten przeciw nam. Stara sztuczka. Warto o tym pamiętać.

Poza wszystkim, ręka w rękę z żądzą władzy nad sumieniami idzie ignorancja. Absolutna, tym bardziej, że z wyboru. Rzekomi “obrońcy” nie chcą słyszeć o tym, że są sytuacje etycznie nierozstrzygalne i taką sytuacją jest aborcja – sytuacja graniczna, której nie da się przeważyć argumentami religijnymi czy ideologicznymi, bo zawsze będzie się im wymykała. Jedyną osobą, której sąd się tu liczy jest kobieta. Ona wybiera – mówiąc skrótowo – czy nosi dziecko, czy zbitek komórek. Czy chce być matką czy nie. Czy błogosławi przypadkowe poczęcie, czy zaszła przypadkiem w ciążę, której nie chce. Bo nie i już. Nic tego nie zmieni. Nic. Póki płód znajduje się w brzuchu kobiety – jest od niej zależny biologicznie i egzystencjalnie. Póki tam jest, niezależnie od tego jak rozwinięty – tylko od niej zależy.

Być może za aborcję zapłaci – oby nie! – zmianami w relacjach prywatnych. Obrazi się niedorośnięty facet, albo dorośnięty, ale inaczej na to patrzący. Być może będzie musiała znieść traumę po zabiegu, albo znieść traumę społeczną, bo potraktowała aborcję bez zbożnej skruchy. Ale nie może w to ingerować państwo, nie może zakazywać kobiecie jej PODSTAWOWEGO wyboru!

Nie. Niestety zarodek ani płód nie ma możliwości wypowiedzenia się. nawet gdyby miał, a jest organicznie złączony z kobietą – od niej zależy jego egzystencja. I tej graniczności sytuacji nie ściągniemy w żadną stronę. To jest sytuacja nierozstrzygalna etycznie. I jedyna taka sytuacja w naszym życiu, gdzie 1+1 to jednocześnie 2 lub/i 1.

Można pisać – i warto – całe tomy na ten temat. Warto się spierać, bo to pewnie zawsze będzie temat, który będzie dzielić. Osobiście jestem za dopuszczeniem aborcji na życzenie. Rozumiem uwarunkowania społeczne, które pozwalały utrzymanie w Polsce dotychczasowego prawa aborcyjnego. Tyle, że nie było ono faktycznie realizowanie, a w połączeniu z barbarzyńskim prawem klauzuli sumienia oraz pochwałą ignorancji seksualnej, jaką promuje nasze państwo od lat oraz skłonnościami do ograniczania antykoncepcji – sprowadzało to prawo do pozoru.

Różne rzeczy rozumiem. Nasłuchałem się już fajerwerków intelektu posłanek i posłów, kazań niebywale odpowiedzialnych księży i biskupów, połowicznych prawd i dyrdymałek w postach i rozmowach. Nie jestem zwolennikiem aborcji – ale przede wszystkim nie jestem zwolennikiem rodzenia bez woli rodzenia. Najbardziej męczy mnie jednak w rozmowie o tym absolutna buta i pogarda do wszystkiego prezentowana przez “obrońców” życia i wspierana przez Episkopat i jego podwładnych. Zdepczą wszystko – poza swoim widzimisię i władzą nad innymi z tego płynącą.

Mogę rozmawiać o opiece prenatalnej, edukacji seksualnej, o wsparciu dla rodzicielstwa, o warunkach przerywania ciąży i zmniejszaniu ryzyka aborcji. Ale już mi nie pierdolcie o ochronie życia od poczęcia, bo gówno was to obchodzi, skoro wybieracie sobie te, a odrzucacie inne aspekty. To tylko środek do władzy i komfortu prymitywnego sumienia. A świat nie jest prymitywny i wymaga więcej wysiłku, niż wasze prostackie szantaże.

Świat nie jest wasz. A kobieta nie musi się przed wami tłumaczyć z wyborów w sferze, którą tylko ona może rozsądzić. Sorki, nie wszystko jest proste, jak wam się wydaje.

Przyzwoici i rozumni w piątek protestują przeciw dyktatorskiej mentalności.
Reszta niech sobie dalej robi dobrze złudzeniami o prostym świecie rządzonym przez konie z klapami na oczach. 

[Post scriptum do moich znajomych, którzy mają inne zdanie, można przeczytać tutaj]

Podaj dalej