Skip to content

Koniec złudzeń

Demokraci muszą przestać żywić się nadmiernym optymizmem i złudzeniami dialogu za wszelką cenę. To nie pierwszy raz, kiedy zostali doprowadzeni pod ścianę przez populistycznych wielbicieli strachu. Dziś jednak, inaczej niż w latach 2005-2007, stawka nie idzie „tylko” o ideowe akcenty państwa, ale o wywrócenie do góry nogami porządku, który mimo swoich wad oswoiliśmy tak, że wydawał nam się oczywisty. Na naszych oczach Polska staje się zaprzeczeniem samej siebie. Albo potwierdzeniem kłamstwa, jakim żyła.

​Żyliśmy w przekonaniu o solidarności, która jest wyzwaniem, a nie zagrożeniem. Dziś prawdziwa solidarność, dzięki której – mimo tak wielu różnic – wyszliśmy wspólnie z czasów komunizmu, jest dla wielu narzędziem strachu i straszenia obcymi. Jedyna solidarność, jaka została po wielkiej Solidarności to ta wobec swoich ideowych cieni. Tak wygląda dzisiejsza wykładnia solidaryzmu według spóźnionych rewolucjonistów i popłuczyn związkowych po wielkim ruchu z roku ’80 i ‘89.

Żyliśmy świadomi istnienia świństw, złodziejstw i głupocie, które potępialiśmy, a czasami używaliśmy ich do walki z przeciwnikami politycznymi. Znajdowaliśmy – lub nie – lekarstwa na kolejne przejawy korupcji, nieudacznictwa i pokus naginania instytucji na potrzeby kolejnych partii. Ale żyliśmy w świecie wspólnym, w świecie oczywistej niezgody na te zjawiska i – mimo wszystko – kolejnych prób zmian na lepsze. Teraz mamy żyć przekonaniem o mitycznym nowym świecie i jak dzieci uwierzyć, że do jego tworzenia prowadzi jedyna słuszna idea.

Żyliśmy w przekonaniu o wspólnocie zmagań w gospodarce, polityce, a nawet w szwindlach. Trzeźwo ocenialiśmy ich udział w życiu publicznym i wiedzieliśmy, że każde dziadostwo spotka się z reakcją polityczną, sądową i społeczną. Dziś mamy uwierzyć, że kraj jest pod rządami wyjętych spod oceny i krytyki, za to przekonanych o własnej nieskalaności samozwańczych aniołów.

Żyliśmy oswojeni coraz bardziej z wolnością słowa i wielością przekazów. Za to, od lat, jedno tylko środowisko każe nam wierzyć w rzekome prześladowania medialne. Dziesiątki zawalających kioskowe półki prawicowych pism i pisemek, rozwrzeszczany internet tej samej strony etc. pokazywały, kto tak naprawdę wygrywał ilościowo w tytułach. Tymczasem chcą, żebyśmy uwierzyli w rzekome niedopuszczanie ich do mediów. Przypominam, tylko jedna partia w sposób stały i ordynarny bojkotowała media. To nie media ich bojkotowały. A teraz mamy wierzyć w ich pomysły na wolność słowa.

Żyliśmy w przekonaniu o wspólnocie politycznej, która rządzi się swoimi, często nieznośnymi i zasadami i bywa marnej jakości, ale ma fundamentalną wartość: odnosi się w swych sporach do społeczeństwa, nie tylko do poszczególnych grup. W sporach brały udział wszystkie środowiska, a to siłowanie doprowadzało do lepszych czy gorszych kompromisów. I znów – tylko jedno środowisko odmawiało legitymacji całej reszcie. Tylko jedna partia ignoruje wartość wspólnego sporu. Tylko jedna partia z takim uporem budowała mur wokół siebie.

Żyliśmy w przekonaniu o podstawowej niezawisłości sądów, a protesty przeciw sądowym patologiom były budzone właśnie dzięki temu przekonaniu. Teraz mamy wierzyć, że ludzie odpowiedzialni bezpośrednio za tolerowanie afer finansowych z lat dziewięćdziesiątych i obecnie, ludzie pośrednio odpowiedzialni za dramatyczne skutki prowokacji korupcyjnych i ślepego szukania kolejnych winnych czemukolwiek – będą reformować sądy.

Żyliśmy w przekonaniu, że historia jest zawsze sporna, ale nie polega wyłącznie na emocjach i doraźnych interesach. Dziś peerelowscy prokuratorzy mają być moralnymi odnowicielami wymiaru sprawiedliwości, a śpiochy na tyle nieistotne w grudniu ’81, że nawet symbolicznie nie byli represjonowani – mają być głównymi bohaterami Solidarności. Spór zaś o tych, którzy brali udział w rozmowach z komunistami dzieli się na pijących wódkę i nie pijących. A jeśli pijących, to nie przełykających od razu. To jest poziom historiografii w wydaniu PiS. A, i oczywiście sakralizowanie kolejnych niejednoznacznych moralnie i politycznie wydarzeń i ludzi.

Żyliśmy w przekonaniu, że najintymniejsze doświadczenia są wyłączone ze sporów publicznych. Dziś jesteśmy zaszczuci i szantażowani grobami i rzekomą żałobą. Chora i nieznająca umiaru żądza zemsty, niewyleczonych kompleksów i poczucie autentycznego, ale zinstrumentalizowanego bólu rozpętała w Polsce burzę podejrzeń o zdrady i brak szacunku dla tragedii. Szantażowanie żałobą jest tak obrzydliwe, że nie nadaje się do komentowania. Wmawia się nam rzeczy straszne i obce, ale tolerowaliśmy je ze względu na zwykłe, ludzkie współczucie. Myśleliśmy, że to wszystko po postu minie. To, co napisane powyżej i temu podobne.

Niestety, pomyliliśmy się.

​Etykę solidarności wyszydzają dziś związkowe osiłki, które sztandary z naszym wspólnym logo solidarnościowym noszą głównie na wypadek, gdyby do lania miały się przydać kije, na których są noszone. Zamiast rozumu i rozsądku mamy rozbuchane i sterowane emocje. Zamiast balastującej religii mamy zastęp wiernych kaprali w sutannach i kneble dla tych, którym kolana zginają się przed ołtarzem, nie tronem, a dla siebie nie żądają danin.

Wolność słowa jest dziś rozumiana przez PiS jako łaska niezamykania do więzień za udział w demonstracjach, których nielegalność została wymuszona niekonstytucyjnym prawem. Konstytucja, najbardziej oczywiste i niemal niepodważane prawo w Polsce, jest dziś pogardliwie opluwane i deptane z miną draba lejącego pacyfistę.

A najtragiczniejsze doświadczenia są sprowadzone do poziomu tępego knebla: „prawda jest po mojej stronie, bo cierpię i wiem, że nic z tym nie zrobicie, bo szanujecie to tabu”. Tylko co to za tabu, które jest prostytuowane przez jego wyznawców?

Dość.

…a po niemal pół roku od opublikowania tego tekstu – nagłówek w GW. czasami miewam rację o trochę za wcześnie.

Koniec złudzeń. Nie dogadamy się w ramach narracji dyktowanej przez obecną władzę. Nie można było się dogadać, kiedy byli opozycją, ale wtedy nie mogli być aż tak groźni. Teraz zaś, kiedy deptane są nasze podstawowe prawa i sprowadza się nas – demokratów – do kolejnych epitetów, kiedy w świetle prawa odmawia się statusu partnera politycznego i społecznego, a wszelkie cnoty są zasysane przez narcystyczną pewność własnej świętości – trzeba powiedzieć stop.

Ciężko dziś odpowiedzieć precyzyjnie na różne pytania. Tyle, że jednak trzeba zacząć i nie przestawać próbować.. Zaczynając od podstawowych pytań, które dotyczą naszej tożsamości i warunków niezbędnych do przeżycia w dobrej kondycji.

​Być demokratą dziś zobowiązuje bardziej niż przez ostatnie ćwierćwiecze. To przede wszystkim rozstanie z myśleniem o demokratyzmie jako czymś oczywistym. Być demokratą oznacza być sprzmierzonym z każdą ideą i rozwiązaniem, które demokrację będą chronić i rozwijać, a nie tylko kontynuować. Bo tylko demokracja potrafi zbudować ustrój dostatecznie włączający, by stawał po stronie pokoju i zabezpieczaniu praw wszystkich. Być demokratą to znaczy posiadać tę właśnie polityczną tożsamość i wezwanie do świadczenia. Być demokratą to być świadomym i mocnym. To dbać o świadomość i edukację, to umieć w ciągłym dyskursie wykreślać granice sporów politycznych, ideowych i innych, aby znajdować sedno spraw. To dbać o legislację i aksjologiczne pryncypia demokratycznych wyborów, ale również o ich polityczne i technologiczne zabezpieczenie.

Poza wieloma innymi sprawami jednak, być demokratą znaczy być zwolennikiem idei unii europejskiej, niezależnie od tego, jak ona może ewaluować, o ile pozostanie wierna podstawowym wartościom, które legły u jej podstaw. Nie ma dziś, w świecie Putina i Trumpa oraz megalomanów pokroju Kaczyńskiego, innego gwaranta demokratycznej Europy, a więc i Polski, niż demokratyczna i tolerancyjna unia krajów i regionów europejskich. Tu również są granice kompromisu czym taka unia może lub nie powinna być. Granica leży tam, gdzie kończy się otwarta demokracja oparta na poszanowaniu inności i założeniu równych praw mniejszości oraz zgody na kwestie nierozstrzygalne etycznie, tam gdzie nikogo nie przymusza się, ani nie siłą nie odwodzi od decyzji takich jak aborcja czy eutanazja.

Jeśli jednak demokraci nie porzucą złudzeń i przestaną się godzić ze słabością – możemy już witać autorytaryzm. Demokracja nie musi być ze swej istoty bezbronna, tak jak prawo nie jest z natury opresywne. Dziś, powtarzane przez lata sformułowanie „demokratyczne państwo prawa”, brzmi bardzo wyraźnie i wzywa do jednoznacznego opowiedzenia się po stronie wartości, prawa, obyczaju i praktyk. Demokratyczne państwo prawa często uwiera, bo wymusza kompromisy, ale jest ze swej natury włączające. I to dziś jedyna droga utrzymania nie tylko względnej jedności społeczeństwa, ale i po prostu – jedyna droga utrzymania pokoju.

Koniec złudzeń. W Polsce mamy do czynienia z realizacją chorych z nienawiści, zemsty i wybujałego ego pomysłów ludzi, którzy dla swoich celów są w stanie zmanipulować wszystko i wszystkich. Koniec złudzeń, z tym nie da się i nie można prowadzić dialogu – nie przez fochy i uniesienia, ale przez rozsądek. Nie da się prowadzić dialogu z kimś, kto dialog od przynajmniej dwunastu lat de facto odrzuca przez delegitymizację konkurentów. Każda próba funkcjonowania w tej narracji jest skazana na niepowodzenie i ryzyko przedłużania chorego status quo.

Niestety, trzeba pożegnać się z łagodnością i ciągłym uleganiom szantażom. Mam dość bycia obrażanym wprost lub poprzez innych. I tu nie chodzi o to, czy kto ma grubą skórę czy nie. Doszliśmy do granicy języka, poza którą jest już fizyczna przemoc. Mam dość bezkarności ludzi, którzy insynuują innym udział w najpodlejszych sprawach. Trzeba się temu wszystkiemu przeciwstawiać w innej już jakości, na własnych zasadach, które swoje uzasadnienie znajdują we wspólnej przyszłości. Od działań parlamentarnych, przez akcje protestacyjne i manifestacje, pracę nad wieloletnią strategią działania, budowaniem niezależnych od propagandowej papki mediów, po nieposłuszeństwo obywatelskie.

Ale najpierw – koniec złudzeń. Z tą władzą nie da się dogadać. Jej usłużni funkcjonariusze i spora część elektoratu od 2005 roku konsekwentnie dialog zrywają izolując się i oskarżając wszystkich naokoło o spiski i zdrady. Reszta zaś tak czy inaczej rozmawia, obraża się i godzi, ale szanuje swoją obecność. Z drugiej strony, wyznawcy rządów autorytarnych nawet nie starają się już ukrywać braku tolerancji dla czegokolwiek i kogokolwiek poza nimi samymi.

Dość. Przestaje mnie obchodzić żałoba, z której zrobiono topór i fasady mające udawać demokrację.

Koniec złudzeń. Żeby skutecznie przerwać staczanie nas w otchłań szaleństwa i przemocy – musimy przerwać złudzenia i przestać tolerować narzucanie wszystkim narracji przez ludzi, którzy właśnie wprowadzają prawo pozwalające im ujść na sucho ze wszystkim i niepozwalające innym na skuteczną obronę przed kaprysami ludzi urodzonych na nowo z zemsty.

Koniec złudzeń. Musimy tworzyć życie obok, na tyle szerokie, bo po wszystkim miejsce w nim znaleźli i ci, których największą troską jest teraz to, jak nas z tego życia wykluczyć. Warunek: wszyscy musimy się zgodzić na powrót do tolerowania się i zasady społecznego i politycznego partnerstwa. Musimy zacząć tworzyć struktury społeczne, organizacje, strategie, a przede wszystkim podjąć wyzwanie demokratycznej i niepobieżnej edukacji. Przyszli parlamentarzyści powinni jak najszybciej podpisać kontrakt społeczny dotyczący niezwłocznej naprawy prawa i wzmocnienia demokratycznej konstytucji.

Jeśli nie powiemy temu szaleństwo NIE, nawet za cenę wytykania palcami, a pewnie i większych konsekwencji – możemy szukać bezludnej wyspy do zasiedlenia i sponsora na podróż.

​Koniec złudzeń.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)