Skip to content

Moje bookstreets

Czasami bardziej mnie zastanawia to, czego nie mam na biurku i na półkach niż to, co mam. Różnymi dróżkami zbiegają się skojarzenia i rozkojarzenia, które stawiają mnie zdumionego przed pustym miejscem na jakąś książkę. Bywa, że czasami patrzę na zastawiony ciasno kawałek biblioteczki i myślę, po jaką cholerę kupowałem tę czy tamtą książkę? A już najgorzej zobaczyć coś kradzionego, czego się nie przeczytało. To jak wstyd zdradliwego kochanka, którego cały romans kończy się na patrzeniu w siebie przy popołudniowej herbacie.

To właściwie pseudorecenzja z życia czytelniczego.

Nie jestem już chyba książkofilem. Kiedy byłem mały, zachwycałem się ogromnymi bibliotekami mądrych ludzi, albo przynajmniej tych, którzy dzięki tym bibliotekom na mądrych wyglądali. Z czasem przekonywałem się, że tych drugich jest jakby większość. Zostało mi jednak w wyobraźni kilka obrazków – i to tych czytanych – bibliotek moich idoli. Było ich paru. Wstyd przyznać, prawie sami mężczyźni, może poza Krzywicką. Ale i ona pojawiła się dzięki temu, do którego zacząłem wznosić modły żarliwe, do Boya Oyca Wszechmogącego.

Przeczytałem chyba wszystkie jego “Dzieła zebrane”, wszelkie wspomnienia, przypisy, glosa i polemiki oraz pomyje. Ale dla raczkującego redaktora najbardziej fascynujące było nie tylko to, jaką bibliotekę posiadał, ale i to, jaką tworzył przez kolejne lata. Nieprawdopodobny słuch językowy pozwolił mu stworzyć kanon przekładu literatury francuskiej. Mnie jednak porywały każde strzępy wiadomości o tym, z jakim mozołem – finansowym i czasowym – Biblioteka Boya rosła. Niemal słyszałem rozmowy między upartymi małżonkami, wiernymi bardziej wspólnym przedsięwzięciom niż sobie. Światy mieli osobne, ale na tych samych stronach kładli palce.

Chłonąłem też opowieści o atmosferze w Maisons-Laffitte, o chłodnych przyjaźniach zanurzonych w gorących sporach, o pełnych zdaniach spadających z kolejnych zeszytów i książek, które przepływały jak Sekwana przez biurka Jerzego Giedroycia i Zofii Hertz. O Grydzewskim, Słonimskim i Gałczyńskim nie będę tu już wspominać. A zwłaszcza o tym strasznym nałogowcu Tuwimie, który miał wszystkie cuda bibliofilskie świata i jeszcze potrafił o nich pisać [tu biorę oddech na uspokojenie, bo Julian zawsze mnie swoim zbieractwem o palpitacje przyprawia z zawiści]. W każdym razie, gdzie nie otworzyłem ciekawych książek, tam wyskakiwały mi pod nogi ścieżyny, chodniki i drogi do cudzych bibliotek.

Jednak ze wszystkich szlaków jeden wołał najgłośniej, choć właściwie był najcichszy: ten do krainy wokół biurka przy krakowskiej ulicy Lenartowicza. Tam, na trzecim piętrze bez windy, po prawej stronie czaił się chyba malowany słoń na drzwiach. Po lewej zaś bliźniacze skrzydła kamienicznych drzwi prowadziły do mieszkania Turowiczów. Z tym miejscem wiąże się jedna z moich ulubionych historii życia.

Tak się naczytałem o tych wszystkich redaktorach, że postanowiłem założyć własny miesięcznik. Pierwsze przymiarki rozmowne miały miejsce na długo przed tym, kiedy rzeczywiście redakcja ruszyła. Ale tamto ​pierwsze spotkanie… Rozpuściłem wici, że jest pomysł na pismo i – zdaje się Joasia, dobra dusza – zaproponowała, by spotkać się w ich mieszkaniu studenckim. Był początek XXI wieku, nie żył już i Jerzy, i Anna Turowicz, a ja składałem kolejne teczki z materiałami o naczelnym “Tygodnika Powszechnego”, żeby – być może – naskładać na książkę. Gdzieś w tym wszystkim dostałem kartkę z adresem, pod którym kilka osób chciało pogadać o przyszłej “Scenie Myśli”. Spacerem z Bytomskiej przeszedłem Plac Inwalidów i stanąłem pod niepokojąco znajomą kamienicą. kilka razy sprawdzałem numer mieszkania. Wreszcie nacisnąłem stary dzwonek przy drzwiach obok tych z malowidłem słonia.

Chyba nikt nie rozumiał, dlaczego chodzę po mieszkaniu i witam się ze ścianami. Nie przeszkadzała mi para baraszkująca w byłym pokoju z biurkiem Turowicza, ani mała impreza w kuchni, której nawet nie zdążono wyremontować i część rzeczy pamiętała gospodarzy, którzy chwilę wcześniej przeprowadzili się do nieba, w które tak wierzyli. Chodziłem i chłonąłem mieszkanie znane z opowieści jego niedawnych gości i gospodarzy. Nigdzie jednak ni było książek, które zawalały pokoje, przedpokój, część kuchni i dyrygowały zapachem powietrza. Po tym, gdy rodzina musiała wyprowadzić całe mieszkanie gdzie indziej, nowy właściciel odnajął ten Olimp studentom. Większość nie miała pojęcia, kim był facet, o którym opowiadałem. Ale dla mnie tam właśnie, w mieszkaniu po Redaktorze, którego nigdy nie poznałem, rozpoczęło się moje własne, niewielkie redaktorzenie. Jedyna prawdziwa legenda, którą megalomańsko uwielbiam.

Tamte książki przeniesiono do pomieszczeń na Nowym Kleparzu i tam za nimi powędrowałem, na ostatnie piętro “Herbewa”. Z wnukiem Jerzego Turowicza przeciskałem się przez wąskie dróżki między piętrzącymi się na podłodze drapaczami intelektu – książki były nie tylko na regałach, ale rosły jak Manhattan na podłodze. Na Fifth Avenue od okna znalazłem jedną, na Strada Anticamera drugą, a na Desk Market kilka innych książek, które bez żadnego poświadczenia dostałem na kilka tygodni do domu. Książki książkom niby podobne, ale kiedy wypakowałem je z torby i położyłem obok skromnej biblioteczki studenta – czułem, jakbym zasadził Empire Book Building w poczciwej Broszurce Małej czy innym Czytliszewie. Potem śledziłem ascetyczne uwagi Turowicza na marginesach jego książek – zwłaszcza tych o nim. Rozbawiały pytajniki stawiane ołówkiem przy historycznych tezach jego polemistów, a krótkie urywki komentarzy przepisywałem do kolejnych teczek.

A potem wszystko przepadło, przy jakiejś nieszczególnie sprawnej przeprowadzce. No, prawie wszystko. Przepadła też spora część książek, ze dwie dzielnice filozoficzne i osiedle literatury francuskiej. Pożyczone na wieczność. Tak, jakby mnie to miało zmusić do uwierzenia w nią. Została jednak skłonność do czytania na marginesach. A przede wszystkim, przeświadczenie, że należy czytać między książkami – czytanie tylko między słowami jest dla mięczaków.

I w ten sposób usprawiedliwiam się, kiedy czytam uszami rozmowy innych o książkach, oglądam instagramowe obrazki książkowych rozkochanic, przeglądam antykwariaty i zawsze za drogie księgarnie.

Kiedyś wydawało mi się, że nie można mieszkać poza książkami. Dziś bardziej niż mieszkam – przechadzam się ulicami Citybooków i uliczkami w Lekturżyskach Dolnych. Nie wiem, czy z lenistwa, czy może z zamiłowania.

A w bibliotekach najbardziej fascynuje mnie ukryte życie malutkich skorpionów książkowych. Te malutkie żyjątka (Chelifer cancroides) mają i swoją polską nazwę, która jest tak piękna, że od dziś przyrzekam sobie używać jej tylko w najintymniejszych stosunkach czytelniczych. Czyż istnieje bardziej pieszczotliwe imię na potrzebę wspólnego dotykania grzbietów papieru, niż zaleszczotek książkowy? “Moja zaleszczotko…” szepnę do niej czule i gorąco, gdy nasze palce spotkają się na żywej paginie. “Oh, mon Chelifer!” westchnie ona. I opuszki lekko zwilżając, przewrócimy kolejne strony, unosząc krawędzie marginesów.

Tyle złuda. Bo pewnie, kiedy powiem jej, że bardziej chodzę, niż czytam, zastuka mi telefon i przeczytam nadesłane z jej profilu motto bibliotycznych pensjonarek “nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. A wtedy ja odeślę jej szyderczą niebywale wiadomość, że na cholerę mnie do niej chodzić, kiedy ma łóżko książkami zawalone. Zwłaszcza tymi nieznanymi mi wcale.

I tak dziś, na początku lata i w połowie nocy myślę, ilu książek nie mam i miałem przed oczami. Ilu dróg między nimi nie odkryłem. Ile szans na zamieszkanie w nich przeoczyłem. I będę się tak błąkać samotnie, jak dusza po drugiej korekcie, póki ktoś nie da mi do ręki jakiegoś ciekawego klucza. Jeśli łaska, poprosiłbym raczej jednotomowy. Nie musi być wielki. Może być antykwaryczny i w miękkiej oprawie. Wystarczy, że otworzy mi opowieści, w których znów będę mógł sobie zamieszkać po tych spacerach.

Propozycje tytułów kluczy uprasza się zostawiać w szatni komentarzy pod tekstem.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)