Skip to content

Szperacz – grudzień 2017

Nie siedzę w blogosferze, nie przesiaduję tygodniami po kawiarniach, a książki czytam, zamiast je hurtowo upychać na instagramie. Stanowczo za rzadko chodzę do teatru (bo drogi), w filharmonii usypiam tym szybciej, im lepszy koncert (i żałuję tego, ale nic nie poradzę, tak mam). Ale czasami jednak poza snem i portfelem wpadnę na ciekawe rzeczy. A kiedy na nie wpadam, nie dają mi spokoju i wracam do nich – nie zawsze z oczywistych powodów. Zazwyczaj z zupełnie innych półek. Dziś cztery wyszperane miejsca: śliwkowe, kolorowe, etnodizajnowe i ślonskie.

Śliwka w kompot

Wpadłem. Nie do końca wiem jak. Często mnie fascynują sprawy, w których nie potrafiłbym uczestniczyć, ale rzadko zainteresowanie nimi przeradza się w stałą skłonność do uprzyjemniania sobie nimi życia. Bliżej mi do przybrudzonych grafik, niż kolorowych obrazów, tym bardziej ciągle wraca przyjemne zdziwienie niesłabnącą słabością. Nie pamiętam już, gdzie złapały mnie te linie i plamy, ale pociągnęły do poszukiwań kolejnych grafik, obrazów i projektów. Ale to z pewnością mój wizualny numer jeden tego roku.

Dominika Cierplikowska, *345 (fragment)

Nie wiem, co mnie bardziej ciągnie do tych grafik: kolory, plastyczność kształtów czy realizm przesiany przez piękną wyobraźnię. Kiedy robił tak Singer, nazwano to realizmem magicznym. Nie wiem, jak można określić grafiki Dominiki Cierplikowskiej, ale jeśli wyobraźnia jest dzieckiem naszej potrzeby świata poza zwykłą realnością, w którym czujemy się jednak swojsko, w którym bez wysiłku odnajdujemy się jak podczas słuchania opowieści przed nocą – to z pewnością w tych pracach tkwi ziarno magiczności. Takie wrażenie mam od pierwszego kontaktu z tymi niejednorodnymi obrazami.

Od tego czasu zerkam, gdzie mogę, na prace tej polskiej graficzki, która od czasu do czasu podkreślą swoją sympatię do Danii. Ma za sobą wystawy, zrealizowane projekty grafiki użytkowej, ilustracji książkowych, a na instagramie, facebooku i blogu dzieli się tym, co na bieżąco powstaje na jej stole. To grafiki. które pod powierzchnią kolorów niosą ze sobą sporo emocji i potrafią przyciągać beztroską, zainspirować do myślenia czy po prostu nacieszyć oko kreskami, kolorami i pomysłami. A kto zaprzyjaźni się z tymi pracami, wcześniej czy później natknie się na Nochale. Te drzwi zostawiam już Wam do otwarcia. Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł jeszcze bliżej przedstawić to miejsce.

PS. A czasami warto wpatrywać się w tło obrazków w telewizji, bo tam ciekawsze rzeczy niż to, co na pierwszym planie. Kto zechce wiedzieć o czym tu plączę – niech prędko zagląda na niedawne śliwkowe wpisy fejsbukowe.

Kolorowa Polska

Tworzenie miejsc, w których będzie się promować i rozmawiać o wielorodności kultury, o jej łączeniach i skrzyżowaniach wymaga ostatnio coraz większej determinacji. Kiedy kończyłem ten wpis zobaczyłem na facebooku nowy projekt, który powinien moim zdaniem nie tylko zyskać obserwujących, ale i sprzymierzeńców. Zwłaszcza tych, którzy nie chcą zgadzają się na domieszki brunatnego pigmentu w polskiej kulturze. Ten ostatni ma to do siebie, że brudzi i skaża inne barwy jak błoto. Na fanpejdżu już pojawiły się pierwsze polecenia i zaproszenia, które warto dopisać do swojego kalendarza i to jeszcze w tygodniu przedświątecznym. A ja polecam nową jak osesek Kolorową Polskę na facebooku – dajcie znać innym.

Ethnodesign na żywo

Ciekawych nie sieją, to i czasami trudniej znaleźć, a jeśli już się znajdzie – to nie zawsze udaje się zapamiętać, żeby zaglądać. Zawsze ciągnęło mnie do ludzi, których trudno zaszufladkować, opowiedzieć o nich w jednym zdaniu. Między świetnymi blogami o kulturze, technologiach czy kuchni, można spotkać i te, których nie da się zamknąć w jednej kategorii. Może dlatego, że piszący je nie za bardzo dbają o tak cenioną w blogosferze spójność tematyczną, a może dlatego, że po prostu opowiadają o życiu jakie jest – różnorodnym i wielowątkowym. To dzięki takim miejscom trudno jest popadać w stereotypy i można dać się inspirować nie tylko fragmentami, ale o wiele bogatszym patrzeniem na świat. Jednym z takich miejsc jest ethnodsgn.pl

Sama nazwa bloga pewnie przenosi od razu w skojarzenia z wydzierającym zewsząd etnodizajnem właśnie, z ciuchami, meblami i nakrętkami na termosy, byle z nalepką etno. I fakt, sporo tu dla oczu, i nienudno, i kolorowo. Jest o modzie, o kuchni, jest o tym, co tworzy się poza blogiem. I o dredach. I o tym, co się myśli. Nie wiem, gdzie lubię zaglądać najczęściej, bo w każdej  z zakładek od czasu do czasu pojawia się do odkrycia. Autorka zresztą nie tylko podrzuca teksty, ale też staje po obu stronach obiektywu – i oby stawała tam jak najczęściej. Fragmenty jej sesji fotograficznych można znaleźć też gdzie indziej, ale tu doszywają kolejne kawałki jakiejś budującej się całości. Może właśnie przez to doszywanie różnych kawałków lubię tu wracać.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie idę po kolejne wpisy z pewnością, że znów się zgodzę z tym, co w nich znajdę. Czytam na blogu choćby pytania z tekstu „W imię czego” i zaczyna mnie dźgać po żebrach. Myślę sobie niezbyt przyjemne rzeczy i …czytam dalej. I to jest najlepsze. Najlepsze, bo wyrywa mnie z drzemki i poczucia, że poukładałem sobie świat do końca. Bo ciągnie do rozmowy. Najpierw ze sobą.

Jedynym minusem tego miejsca jest to, że nie daje śledzić się na facebooku. Z drugiej strony, może jednak i to przyciąga: mieć w głowie coś, do czego samemu chce się wracać, bez przypominajek i kolejnych postów na wallach? Nie wiem. Ale zaglądać z pewnością warto.

Dejcie se pozór na Niklausa

Ja, jo jest Hanys. Ino że trocha auslander. Może skiż tego sie mie tak ckni za naszom godkom, bo sam w Warszawie nie za bardzo jest se s kim pogodać. nawet, jak już sie roz na rok pójda na krupnioka, to musza tłumaczyć, że nie chca zupy ino – wyboczcie ziomkowie – o kaszanka musza prosić. To jest mniej wiencyj tak, jakbych zamiast pedzieć lipście „dej mi dzióbecka” musioł godać „przybliż powierzchnię tkanki narządu gębowego do mojej”. Ale co robić. Porzondny Hanys to nie soroń i poradzi sie zachować kaj ino go poniesie. Ale sie ckni, aże sie człowiek zastanowi czasym, czy jeszcze w ogóle poradzi godać, czy już mu sie zdowo, że jeszcze trzimo akcent i fason.

Możno dlotego tak przaja roztomaitym frelom i karlusom, kierzy korzystajom z tego, co wyciepli z urobkiem na góra nasze bergmony. Ja, bo wiycie, oni tam byle co nafedrujom, na taśma idzie potym ino to czorne złoto, ale poza tym a to jakoś cywilizacja wykopiom, a to dokopiom sie prowdy, a to wynalozek jaki. Takie komputry dlo ludziów to na tyn przikłod wykopoł w Bożych Darach na Kostuchnie Biluś Furtka, a że sie pieronowi robić nie chciało, to schowoł se tyn wykopek do kapsy i pojechoł ś nim do Hameryki. Tam go w szopce poprzerobioł na komputry razym z Stefkiem Robótkom (z Hebzia wyemigrowoł, ale boroczkowi już sie umrziło). Oni z tym zrobili srogi hamerikan dżrim i nawet se dali nazwiska potłumaczyć na hamerykański. A dzięki ich wynalazkom teroz se siedza we Warszawie i moga na jutjubie oglondać jednego synka, co mi godkom czas umilo roztomaicie.

Wszystko, co z tym związane – jest choć troszka zabawne. Po piyrsze, fto nazwoł strona do wciepywanio filmów „Twojo Trąbka” (bo jak niby inaczyj przełonacyć youtube)? Po drugie, że swojo trąbka dołożył tam synek, co nazywo sie Niklaus – a to już samo w sobie jest pocieszne, bo jaki poważny chłop sie nazywo tak samo, jak świynty Mikołoj? Widać jego fater musioł fest sie z kamratami radować z latorośli i potym poszoł do urzędów małego rejestrować. Myśloł możno, że to tak ino dlo wicu, ale wpisali i jest – Niklaus. Siedzi se na tym jutjubie i godo o świecie. Piyknie godo, nawet mo to nasze ślonskie „r”, co kaj indziej kozaliby mu ugładzić.

Jak sie tak wejrzy na cały jego kanał, to tam jest od pierona jakiegoś dziendzielstwa dlo tych, co durchś grajom na onlajnie. Ale tyż mo gryfne odcinki o naszyj godce, abo i o tym, co mu do tyj niepoczesanyn gowy wlatuje. Jo by tam nie mioł nic przeciwko, jakby sie ino tym zajón, ale dyć nie byda synkowi weli na siła w drugo strona czesać.

Toż ludkowie – wejrzijcie sie na trąbka Niklausa Pierona Ze Ślonska. Wom podrzucom troszka z przipadku filmik o tym, z czego sie skłodo Ślonzok. Ino nie oglondejcie tego, jakbyście chcieli potym habilitacjo pisać. Dejcie se troszka luzu i korzystejcie. Pewnie sie Wom tam wyśletlom podobne filmiki – dejcie se je czasym obok innych maszkietów do kawy.

SŁOWNICZEK

ja – tak, ausland – zagranica, skiż tego – z tego powodu, cknić – tęsknić, godka – mowa śląska, lipsta – partnerka, soroń – wyboczcie, ale jak kto nie czuje po samym słowie, co to je soroń, to i przekład mu nic nie pomoże, frala – dziewczyna, karlus – chłopak, bergmon – górnik, gruba – kopalnia, fedrować – wydobywać węgiel, kapsa – kieszeń, synek – chłopak, wic – żart, durchś – ciągle, wela – grzywka. 

***

Poza tym dorzucam grudniowe odkrycie miejsca do posiedzenia i posłuchania na warszawskiej Pradze. Zapraszam do poczytania o tym w tekście W punkt na Pradze.
Kto wie, może do spotkania tam kiedyś.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)