O mnie

Karlus

Tyszanin. Właściwie – starotyszanin, bo jednak Tychy to dwie historie, które zaczęły się z czasem zlewać w jedną. Ale jakiś przypis do samego siebie noszę w głowie, drobniejszym drukiem notkę o bliższej mi, starszej śląskiej tradycji Tychów. W latach pięćdziesiątych miały stać się sypialnią Górnego Śląska – i w pewnym sensie tak się stało. Co prawda z czasem okazały się miastem samodzielnym pod każdym względem, ale ta śląska alkowa zaludniła się potomkami mieszających się kultur. I choć to zabrzmi zbyt poważnie, naprawdę na podwórkach tyskich od małego uczyłem się różnorodności, która jest normalnością. Blok mojej Babci, w którym bez wojen żyli przez dziesięciolecia Górnoślązacy i ich sąsiedzi z wielu zakątków Polski, ludzie kilku wyznań i przekonań.
​Lubili się.
Górny Śląsk, który szczęścia do rozwijania własnej kultury szukał między kolejnymi kataklizmami, w jakie wplątywał go świat. Na szczęście zdołał stworzyć własną tożsamość, własne prawdy, opowieści i mity, fantastyczną gwarę i ludzi, dzięki którym dziś młode pokolenie powraca do korzeni śląskości. Co ważne,  rozwija ją, a nie tylko  pielęgnuje.
Bez śląskości nie byłbym ani lepszy, ani gorszy. Ale dzięki temu, że wychowałem się między lasami i kopalniami, jestem bardziej swój.

W drodze

Wędrować zacząłem wcześnie. Bieruńskie liceum stało się dla mnie bazą wypadową w kierunku miasteczek i wiosek zielonego Śląska, a z czasem ze znajomymi na festiwale, w Polskę i nie tylko. Od piętnastego roku życia przejechałem autostopem jakieś tysiące kilometrów, poznając ludzi i słuchając w drodze tego, co opowiadali o swoich miejscach, o historiach i o samej drodze.Około dwudziestki miałem za sobą doświadczenia w organizacjach pozarządowych, wolontariacie, pracy z osobami z niepełnosprawnościami czy dzieciakami z rodzin wykluczonych. Poza tym – choć nikt tego tak nie nazywał – miałem możliwość pracować jako streetworker na katowickim dworcu i między starymi kamienicami wstydliwie wtedy przemilczanego centrum miasta.
Zdecydowałem się na studia filozoficzne zainspirowany postawami ludzi, którzy łączyli myślenie z pragmatyką. Tischner, Kuroń, Boy, wiele historii polskiej inteligencji. Nie jestem pewien, czy był to najlepszy wybór z możliwych – z pewnością nie oznaczał nauki przedsiębiorczości. Mogłem jednak robić rzeczy, które mnie kształtowały, a innym często dawały coś pożytecznego. NGO, teatr, próby organizowania studenckich seminariów, wreszcie nauka pracy redakcyjnej i szansa tworzenia własnych redakcji i skupiania ludzi wokół pomysłów na niewielkie, ale konkretne zmiany.

Na płocie

Są ludzie, którzy lubią zasadzić się na własnym polu i bronić ojcowizny. A ja jakoś, przez różne wędrowania odkryłem, że dobrze mi przy płotach, tam gdzie stykają się zdania i tradycje, skąd słychać głosy z różnych stron. Lubię miasto, to tu żyję i staram się coś pożytecznego zrobić. Ale jeśli ktoś sądziłby, że w mieście nie można znaleźć manowców, byłby w błędzie. Często właśnie to te manowce losów ludzi i miasta mówią o nich więcej niż przypinane im a szybko plakietki.
Przystawanie przy płotach raczej, niż opowiadanie się po którejś ze stron historii, nie musi oznaczać braku własnego zdania. Kto patrzy i słucha chyba nie może nie wyrabiać sobie własnego zdania, choć wyrasta ono nie tylko z własnych doświadczeń bardziej, niż z własnego tylko przekonania.
W rezultacie, przez zachwyt nad możliwością słuchania opowieści i ich przekazywania, nie ciągnie mnie do wmawiania ludziom jedynej słusznej racji, odwodzenia od ich przekonań, nawet jeśli uważam, że są mało szczęśliwe. Czy to oznacza wycofanie? paradoksalnie – wręcz przeciwnie. Tyle, że nie traktuję każdej, nawet ostrej wymiany zdań jako ataku, ani nie czuję przegranej, jeśli kogoś nie przekonam do swojego zdania. Raczej jako próby – czasami gorące – wzajemnego inspirowania się. ​

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)