• Proza

    Jak nie być rycerzem?

    Od dziecka uczyli mnie, żeby wstawiać się za słabszymi i nie wstawiać się mocnymi trunkami. Ale dobre rady nie asfalt i nie ciągną się za człowiekiem pod każdy adres. Gorzej, jeśli coś jednak zaczepi się z tych rad we łbie jak guma z majtek i później wali w potylicę w najmniej odpowiednim momencie. Mnie strzeliło u zbiegu Wrocławskiej, Cieszyńskiej i – a jakże – Śląskiej. Była krakowska wiosna w rozkwicie. Różne są sposoby na jej rozpoznanie. Zamiast w cudzych prześcieradłach buszowałem wtedy w bibliotekach, ale mój życiowo niezawodny kamrat nie dał zapomnieć, że oto rozpoczęła się najlepsza pora roku. Choćby nie wiem, jak martwy był po mrozach, pojawiał się u…

  • Proza

    Pustka

    To, czy pustka jest wielka czy mała, nie jest tak bardzo ważne.Prawdziwa pustka to niewielkie miejsce w tobie, starsze od wszelkiego pocieszenia i zrozumienia. Pustka nigdzie cię do końca nie zaprowadzi. Ale to właśnie ciebie nie zaprowadzi. I to tylko twoja pustka. Inni, nawet mają swoje pustki, nie mogą jej ani dotknąć, ani zniszczyć, ani nawet opisać. Bo jak opisać coś, czego najbardziej nie ma? Budzisz się, zanim zasypiasz. Tracisz nadzieję, nim pojawi się jej powód. Wydychasz bez wdychania. Uciekasz nim wiesz, co cię goni. Ślepniesz, zanim wejdziesz w blask. Chciałbyś roztoczyć wokół pustki modlitwę o ukojenie. Ale wiesz, że tego nie zrobisz, bo pustka była w tobie, zanim przyszli…

  • Proza

    Jak nie pić kawy

    Dzień bardzo roboczy.  A to oznacza, że trochę bardziej niż zazwyczaj zapominam, że kawa mi się parzy w kuchni. Poszedłem po nią, kiedy była już zupełnie zimna. Chciałem zrobić nową, choć w oczach już miałem grupę etiopskich dzieci, które przeszłyby pustynię, żeby napić się kawy (tak mnie moralnie wychowywano: nie marnuj jedzenia, bo dzieci z Etiopii przeszłyby pustynię, żeby zjeść to czy tamto).  Z poczuciem winy wylałem zimną kawę do zlewu, nalałem wody do czajnika, otwieram puszkę – no tak, kawa się skończyła. Myję głowę, ubieram się w panice, bo robota na biurku. zbiegam do sklepu. Wracam z bramy po portfel, wracam do sklepu, biorę koszyk, w którym komuś się…

  • Proza

    Opowieść wigilijno

    I. To było tak, że świenta robiło sie już od Mikołoja. Wcześniej nie było co o tym myśleć, bo była Barbórka, a na Górnym Ślonsku sie wtedy wyrobiały takie rzecy, że w ramach tradycji Ponbócek dowoł powszechne łozgrzeszynie i to nie tela bergmonom w karczmach piwnych, ale głównie śwyntej Barbórce, bo ta tak zowżdy wywijała z młodymi karlusami, że jakby nie to ponbóckowe łozgrzeszynie, to by była patronkom szóstego przykozanio, a nie tych, co za mały geltag fedrowali pod ziemiom. Ale miała honor swój w niebiesiech, bo uparcie chciała te chodniki dokopać aże do piekła, co by upadłe dusze stamtond szolami do nieba przekludzić, a bergmonów nazywała czornymi aniołami. No,…

  • Proza

    Warsztat odnowy nóg

    Na tablicy w bramie stało: “St. Kopytko. Odnawianie nóg. Zakład w lewej oficynie (ciągnąć za dzwonek przy oknie)”. Normalnie, jak należy. Na Powiślu znali go kiedyś wszyscy, bo wszyscy wtedy chodzili na dwóch nogach, chyba że po wypłacie, to na czterech. To zresztą było zrozumiałe, bo wypłaty były krótkie, nogi długie – to i o potknięcie nietrudno, więc trzeba było się asekurować. Z czasem jednak przestali przychodzić ci, którzy wybrali chodzenie na czterech kółkach. Z rzadka jeszcze zachodzili ci na dwóch i to głównie po to, by poprosić o naprawę stopki. Chciał nawet wywiesić kartkę “Tylko dla dwunożnych”, ale przypomniało mu się “Nur für Deutsche” i poniechał. “Oni powinni mieć…

  • Proza

    Jaszczukowe plemię

    Jaszczurki gubią ze strachu ogony. Nie ma co się dziwić. Gad mały, rozum niewielki, to i zgubi, co popadnie. Gorzej, jeśli ze strachu odpadają różne rzeczy innemu zgoła (a także z ubrania) gatunkowi ludzkiemu, któremu – w charakterze – często jednak cos gadziego ewolucja zostawiła. Wystraszyć kogoś nie sztuka, o czym wiedział już Arnold Wężyk, czając się z karmelizowanym owocem na Ewę Rajską spod szóstki tak, by nie pierzchła, a uwodzić się dała. Sztuką jest nie dać się wystraszyć i nie zgubić siebie ani kawałka. Docent Fiodor I. Traszka (z Starej Elektrycznej na Powiślu, wejście od Tamki, najlepiej przez korytarzyk przy warsometrach*) zebrał w swojej kolekcji najciekawsze okazy porzuconych organów i…

  • Proza

    Dwie strony witraża

    Jędrek się urodził, Baca chodził po świecie. Takie mu przezwisko dali, choć ani owiec już w rodzinie nie mieli, ani tym bardziej majątku wielkiego. Od dziecka jednak miał poważanie u ludzi. Bacował w niewielkiej szkole, bacował na podwórkach. A kiedy podrósł, na tańcach nikt inny do co ładniejszych turystek nie śmiał pierwszy podchodzić. W końcu i w rodzinie, kiedy ojca zabrakło, musiał przejąć to i owo, tu i tam powiedzieć to tak, to nie, to wstrzymać siostrę, to ruszyć brata. A że okolica słynęła z ciesiołki, to i on się na majstra postanowił wyuczyć, by fach mieć w sprawnych dłoniach pewny. Co jednak zrobić, kiedy za co się nie zabrał…

  • Proza

    Jak nie być zza rzeczki?

    Ta rzeczka miała swoją nazwę, szerokość na pół długości dorosłego chłopa, zapach wazonu po kwiatach. Normalny ciek wodny, z czasem wpadający w ściek i z czasem z niego wypadający. Ale tak już jest, że rze(cz)ki stają się historyczne. A to Jagiełło z wojskiem dokonał inżynieryjnego cudu nad Wisłą w drodze na Grunwald, a to ktoś kości rzucał nad Rubikonem, a to chłopaki rozpędzili się o jeden most za daleko. Bo czy słyszał ktoś o rzece, której nie chciano przekroczyć? Nie. Stąd niemal na każdej rzece choć jeden most, żeby można stopę po drugiej stronie postawić bez robienia ciaplity. Tam, gdzie mnie mama rodziła, nawet mała rzeczka miała przy samym rynku…

  • Proza

    Jak nie stać w miejscu?

    Pierwszego razu nie pamiętam. Może nie było dość klimatycznie, dość mocno, może było zbyt wygodnie albo nie skończyłem tam, gdzie zamierzałem. Potem, przez lata, zdarzały się kolejne razy a to samemu (to nie wstyd), a to z dziewczyną czy kumplem. Czasami dla samej zabawy całą grupą na pace starego dostawczaka, w drodze za Jarosław czy w Bieszczady. Obrazków w głowie tyle, że jest czym karmić wyobraźnię nawet teraz, kiedy niby można, ale jakoś już się nie chce. Nadgarstek już nie ten i szybko opada z sił, a czasami trzeba było się nieźle namachać. Tamtego popołudnia byłem zakochany mniej więcej śmiertelnie i od jakiegoś już czasu dzieliłem marny żywot między Katowice…