Proza

Jak nie być rycerzem?

Od dziecka uczyli mnie, żeby wstawiać się za słabszymi i nie wstawiać się mocnymi trunkami. Ale dobre rady nie asfalt i nie ciągną się za człowiekiem pod każdy adres. Gorzej, jeśli coś jednak zaczepi się z tych rad we łbie jak guma z majtek i później wali w potylicę w najmniej odpowiednim momencie. Mnie strzeliło u zbiegu Wrocławskiej, Cieszyńskiej i – a jakże – Śląskiej.

Była krakowska wiosna w rozkwicie. Różne są sposoby na jej rozpoznanie. Zamiast w cudzych prześcieradłach buszowałem wtedy w bibliotekach, ale mój życiowo niezawodny kamrat nie dał zapomnieć, że oto rozpoczęła się najlepsza pora roku. Choćby nie wiem, jak martwy był po mrozach, pojawiał się u mnie z energią przebiśniega, gdy tylko zima ostatecznie zrzucała z dziewcząt grube przebrania.

Kamrat kląskał na gitarze jak archanioł Gabryel i zwiastował nadejście czasu radości. Wiadomo, chłop na wiosnę jest jak fasolka – puszcza kiełki po pierwszych ciepłych burzach. Zapuszczaliśmy więc kiełki pod wydziałem polonistyki, na Plantach i akademikach przy Bydgoskiej. Wiosna była, on kląskał, a ja szedłem do biblioteki.

Wtedy jeszcze widziałem na oczy bez szkieł i cieszyłem się okolicznościami przyrody nawet na spore odległości. Te dwie szły w przeciwną stronę i z każdym ich krokiem, pląsem właściwie, świat był piękniejszy, falował ciepłem, wszystkie barwy świata to wznosiły się, to opadały. Być może właśnie wtedy miał przyjść Mesjasz, bo i on nie chciałby tego przegapić. Ale mnie, ledwie wątpiącemu, objawił się Józek.

Józek był po niejednej ostatniej wieczerzy i to prawdopodobnie zakończonej potrójnym cudem z Kaany Galilejskiej już po świcie. Zapewne upadł tego dnia już co najmniej po raz pierwszy, a i niejeden zaparł się go przy kasie, gdzie próbował wyprosić jakieś srebrniki na wino dnia następnego. Widocznie przechodził ten straszny czas mistyczny, kiedy chwieje się wiara, a razem z nią świat w oczach. Myślę, że jedynym punktem w doczesności, który cudownie zsynchronizował się z jego chwiejnością, były te wiosenne góry szczęścia, które zafalowały kilka kroków przed nim. Tonący chwyta się brzytwy, ale jemu na golgocie kaca Bóg zesłał coś bardziej wzniosłego. Nagły obrót ziemi pod nogami dokonał za niego wyboru, kiedy ufnymi jak dziecko dłońmi uczepił się z nadzieją zbawienia obu szczytów Synaju.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby mi w oczach nie zapłonęły historie o damach i rycerzach. Zanim zorientowałem się, że Niosąca Nadzieję już sama uniosła ramię sprawiedliwości, z ogniem i gniewem ruszyłem, by ratować świat od zła. Już dało się słyszeć tętent mych kopyt i złowrogie warczenie plomb, już miał nastąpić Grunwald na Kleparzu, już byłem Zawiszą, ale… niewieście ramię sprawiedliwości opadło, by wymierzyć karę czarną teczką, a ta jakimś boskim zrządzeniem ledwie drasnęła Józka i jak armatnia kula raziła mnie w splot słoneczny.

Przestałem widzieć, czuć, myśleć, porzuciłem człowieczeństwo i zawładnęła mną jedynie paląca żądza zemsty. Ruszyłem za leniwie oddalającym się Józkiem i pośród paroksyzmów wściekłości, za te czyny jego haniebne, za tę kulę biurową, która mnie raziła, za lata czekania na sposobność wykazania się rycerstwem – dopadłem zbója. Stanąłem nad nim i głosem strasznym, z głębi elokwencji człowieka, który szedł czytać oryginał Heideggera – wrzasnąłem “No i co?!?!”

“No nic, południe” – odrzekł potwór, po czym z całą nonszalancją swej marnej egzystencji odwrócił się na pięcie i zaczął człapać. Za sobą miałem te dwa bujne układy planet, wokół nicość, a przed sobą chwiejny okaz ludzkiego upadku.

​I chcąc ratować resztki honoru – kopnąłem go w dupę.

Wróciły zmysły. Józek bez najmniejszej reakcji oddalał się w nicość. Przechodnie odwracali głowy. A za mną od śmiechu zanosiły się dwie istoty, które przecież powinny teraz zarzucać mi ramiona gdzie się da i szeptać “dziękuję, luby rycerzu!”. Pewnie dawno już by ich tu nie było, ale ciężko odejść w narastającym ataku wesołości. Poza tym uświadomiłem sobie, że zaraz mnie mogą aresztować za bezprawne przejęcie czarnej teczki, która już w niczym nie przypominała armatniej kuli, tylko zwykłe, biurowe narzędzie samoobrony przed Józkami.

Wszystko wróciło do normalnych rozmiarów, tu i tam nawet poważnie się skurczyło. Bezwiednie dałem sobie odebrać teczkę, przeprosiłem wszystkich za wszystko i stałem tak sam, w samo południe, błagając o jedno celne uderzenie gromu. Ale niebo było bezchmurne.

Gdzieś, za błękitem, Mesjasz machnął zrezygnowany i ukrył twarz w dłoniach.  

Podaj dalej