Artykuły,  Ludzie,  Miejsca,  Społeczeństwo

Parasolnicy

Tam, za dworcem

Kilka lat temu, nie tak dawno, w samym centrum Krakowa istniało kilka „trójkątów bermudzkich”. Niektóre z nich cieszą się złą sławą do dziś, choćby te parę kamienic nieopodal kolejowych bocznic przy Nowym Kleparzu. Inne poddały się deweloperom i uległy spychaczom. Był też taki rejon, tuż za dworcem kolejowym, nie najlepiej skomunikowany z miastem i nie dość klimatyczny, by stać się tak atrakcyjny jak Kazimierz czy stare Podgórze.

I choć tuż obok żył Kraków Główny, Akademia Ekonomiczna i Lubicz, to niewiele osób kojarzyło te niewielkie uliczki i podworce. No, może tylko tanie ksero naprzeciw tunelu pod peronami, do którego podążali studenci wolący nie zapuszczać się dalej niż potrzeba.
Takie niepoznane miejsca. Po prostu tam, za dworcem.

Czas

Zanim pojawił się „Parasol”, działali w innych organizacjach. Nie odeszli dlatego, że było w nich źle – po prostu chcieli móc się rozwijać po swojemu. Łączyło ich wspólne przekonanie, zakorzenienie w nurcie akcentującym redukcję szkód (harm reduction) i outreach (wychodzenie do ludzi, działanie w ich naturalnych środowiskach i społecznościach). Nie chcieli epatować pracą socjalną i przychodzić do ludzi jako ci mądrzejsi.
Zamiast stać nad głową i pouczać, jak dobrze żyć, wolą towarzyszyć i wspierać, dawać do wyboru różne możliwości. Wiedzą, jak ważne jest czekanie – nie sztuką jest dawać komuś dobre rady w momencie, kiedy ktoś nie jest nimi zainteresowany, albo nie może ich skutecznie przepracować.

Dlatego zamiast proponować ludziom gotowe rozwiązania, oferują czas.
To on pomaga w dojrzewaniu do decyzji, a te mają sens wtedy, gdy ma się przed sobą różne możliwości i rozumie się ich konsekwencje. Dlatego pracownicy „Parasola” rozmawiają z młodzieżą o różnych opcjach: możesz być abstynentem i to ma wpływ na to, jak będzie wyglądać twoje życie; możesz korzystać z używek – ale to tym bardziej będzie determinować twoje relacje i przyszłe wybory.

Parasolnicy proponują różne rozwiązania, możliwe działania. Ale nie wybierają za ludzi, nie wyręczają, nie podsuwają łatwych frazesów. Znają stawkę, a jest nią świadome wybieranie lepszych rozwiązań przez tych, których one dotyczą, a nie chwilowe potakiwanie „mądrzejszym”.

Obsada

Do „Parasola” przyszli już przygotowani do pracy z uzależnionymi i wykluczonymi, dziś pozwalają młodszym nabierać doświadczenia i rozwijać kompetencje. Starają się dbać o stabilność zespołu – są wciąż tacy, którzy w „Parasolu” byli od początku, są nowi, którzy bardzo szybko odkrywają, jak ważna jest stałość i gotowość na długą współpracę. Nie ma miejsca na przypadkową obecność, bo chodzi tu nie o odpracowanie kilku godzin, lecz o budowanie zaufania ludzi, którzy często wychowali się w nieufności i ciężko jest im przekraczać kolejne progi oswajania z drugim człowiekiem. To trwa.

Właściwie nie mają stacjonarnych pracowników, w każdym razie nie takich, którzy wyłącznie siedzą za biurkiem. Nawet ci, którzy po kilkunastu latach pracy są odpowiedzialni za grupy i spotkania w ośrodku, nadal pracują jako streetworkerzy.

Na naszej stronie internetowej jest napisane, że byliśmy pionierami w tej dziedzinie – tłumaczy Marcin Drewniak – Vice Prezes CPES Parasol. Ludzie, którzy trafili do Parasola byli jednymi z pierwszych, którzy w latach dziewięćdziesiątych pracowali streetworkersko. Warto się chyba chwalić, że mamy kilkanaście lat doświadczeń i nadal pracujemy na ulicy. To bezsprzecznie jest nasz kapitał, a co ważne tylko kilka organizacji w Polsce może powiedzieć o sobie to samo.

Są i nowi. Agata – streetworkerka i studentka – zaczęła miesiąc temu, ale widać, że odnajduje się tu szybko. Wychodzi na ulicę, do domów podopiecznych, poznaje ludzi i ich historie. Uczy się tego, że mimo dobrych chęci może zostać odrzucona, oswaja się z warunkami życia ludzi na marginesie nowoczesnego miasta. Sama przychodzi z bezpiecznej części świata i również ten kontrast w sobie oswaja. Uczy się ciszy i języka, który bywa szorstki i przewrażliwiony na fałsz.

Emocje

Praca na ulicy, która czasami prowadzi na dworzec czy w zaułki, nie jest ani niebezpieczna, ani łatwa. Bo jak to? Tak po prostu podejść do kogoś kto prostytuuje się na dworcu, ćpa czy pije – i powiedzieć: „aaa… pomogę ci”? Od czegoś przecież trzeba zacząć. Tak, przede wszystkim nie warto udawać: ani ziomka, ani dobrej cioci, ani anioła.

I tu znów nauka czekania, bo czasami nie wystarczy podejść raz czy dwa. Na ulicy nie odbija się kart zegarowych. Są jednak i tacy, którzy słysząc „Parasol” jakby łatwiej otwierają się na kontakt, bo koleżanka, bo kolega byli, rozmawiali, poznali, opowiadali.

Tak czy inaczej, kiedy już uda się nawiązać rozmowę, parasolnicy proponują to, co dla ludzi jest potrzebne tu i teraz. Jeśli stoi przed nimi młoda prostytutka – nie proponują nauk z zakresu moralności. „Być może potrzebujesz prezerwatyw lub chustek do higieny?”. Proste, praktyczne pytania. Kiedyś najczęściej dostarczali igły jednorazowe dla narkomanów w zakątkach starego dworca. Ale to jeszcze nie cel, to początek spotkań.
Streetworkerzy pracują parami, mają wiedzę i techniki terapeutyczne. Ale przede wszystkim pracują sobą. Jeśli w końcu czują zbyt dużo emocji, lub przestają czuć je w ogóle – robią przerwę, biorą urlop, zajmują się na chwilę czymś innym. Trudno emocji uniknąć, a przecież pracuje się nie tylko nad nimi, ale również nimi.

To niecodzienna praca, kiedy człowiek sam dla siebie jest narzędziem, o które sam musi zadbać.

Manowce

Od początku pracowali ze środowiskami wykluczonymi. W więzieniach pojawili się w latach dziewięćdziesiątych. Rozmawiają o uzależnieniach, ale prowadzą także edukację seksualną. W tym momencie przyszły mi do głowy nagłówki gazet i spory wokół tego tematu. Często przecież pojawiają się obawy, że edukacja seksualna w szkołach, ale także w domach, po prostu w normalnych warunkach, spowoduje pobudzenie i będzie przyczyną problemów. A co dopiero w warunkach odosobnienia?

– Nie, nie – Marcin uśmiecha się. Jeśli ludzie wiedzą, jak działa ręka czy noga, to dlaczego mieliby nie wiedzieć, jak działają inne rzeczy? To po prostu kolejna sposobność dowiedzenia się czegoś o sobie. To wszystko związane jest z emocjami, więc dzięki temu można również wywołać temat radzenia sobie z emocjami. Nie ruszamy tematu tożsamości seksualnej, bo „z założenia” w więzieniu wszyscy są heteroseksualni, więc poruszanie tego tematu w grupie mogłoby się okazać dla kogoś zbyt ryzykowne.


Nie od razu i nie wszyscy od „Parasola” wchodzą do zakładu karnego. Trzeba nauczyć się nawyków i zasad odwiedzin: nie oceniać, nie poddawać atmosferze, niczego nie wnosić i nie wynosić. Między innymi dzięki trzymaniu się takich zasad, byciu fair i w stosunku do więźniów i personelu więzienia – buduje się zaufanie do organizacji.

A przecież mogłoby kusić, żeby komuś pomóc w komunikacji ze światem poza murami. Na dłuższą metę jednak nie warto, bo utrata zaufania tam oznacza, że następnym razem parasolnicy zastaliby zamknięte bramki.

Ruchoma Narnia

Więzienie to tylko jedno z miejsc działania i … w sumie najbardziej statyczne. Większość działań związanych jest z ulicą i kilkoma punktami stacjonarnymi: na Kazimierzu, na Podgórzu i tu, w Śródmieściu. Kiedyś to był inny świat, taki właśnie „trójkąt bermudzki”, w który ludzie bali się zapuszczać.

Kiedy wreszcie rozbudowano dworzec i w cieszącym się złą sławą tunelu „Magda” przestali bić, kiedy położono nowe chodniki, a sklepy z tanią odzieżą zostały wyparte przez banki, kiedy wreszcie młodzi, którzy przychodzili na Rakowicką wyrośli, albo wyprowadzili się – musiał zmienić się także charakter i zadania tutejszego ośrodka.

Są ośrodki, które starają się trwać tam, gdzie działają od lat. Filozofia „Parasola” jest inna: trzeba iść tam, gdzie są ludzie, zmieniać charakter ośrodków, wokół których zmienia się świat. W jakimś sensie trzeba za każdym razem zaczynać od nowa, choć wiedza i narzędzia są do wykorzystania wszędzie. A że miasta przechodzą współcześnie bardzo dynamiczne zmiany, trzeba wciąż decydować: co dalej? I właściwie są tylko dwa rozwiązania: nadążać za złożonymi procesami społecznymi i działać w świecie takim jaki jest, albo uprawiać fikcję.

Przy Rakowickiej odruchowo wybierają zmienność działań. Przecież to parasol towarzyszy człowiekowi w czasie deszczu, a nie odwrotnie.
Dla ludzi jednak zmiany są czymś, co wywołuje niepokój. Trzy wspomniane miejsca „Parasola”, jak wiele innych ośrodków, są dla niektórych swego rodzaju przystanią, miejscem bezpiecznym i punktem odniesienia. Tu na nich ktoś czeka, rozmawia, stara się zrozumieć, trochę chroni. I są jasne zasady.

W zderzeniu z dorosłym światem, który czyha za rogiem, takie miejsca mogą dać się wyobrazić jako mała Narnia.
Sami podopieczni tak właśnie zaczęli nazywać to miejsce. Była radość. Dla tych, którzy tu pracują – z początku – miód na serce. Potem chwila na namysł i szybkie otrzeźwienie: nie jesteśmy magiczną krainą, schronem za tajemnymi wrotami.

Trzeba było przepracować tę Narnię, by nikt w nią zbytnio nie uwierzył. Bo tak, jak ciężko wyjść z uzależnienia lub czasami uchronić się przed nim, tak i niełatwo pozbywać się złudzeń i iluzji bezpieczeństwa. Do Narnii się ucieka. Spod „Parasola” wychodzi się w świat.

Profilaktyka w dorosłym świecie

Wejście w świat, który nie jest ani sprawiedliwy, ani podległy, wywołuje potrzebę odreagowania. Zaczyna się od rozmów o alkoholu czy braniu, później pojawia się prowokowanie przemocy, czasami dochodzi do samookaleczeń lub innych form autodestrukcji.

Profilaktyka po takim „wyfrunięciu w świat” właściwie nigdy nie będzie procesem zakończonym. Bo zawsze pojawią się zmiany rodzące stres. Pytanie, jak można w miarę skutecznie działać, żeby zmniejszyć ryzyko cofania się w świat narkotyków, picia czy agresji? Może powtarzać to, co czasami ci młodzi słyszą w domach? „Znów jesteś nie do wytrzymania, ośrodek ci się marzy?”, „będziesz niegrzeczny, to zadzwonię do kuratora i cię zabierze”. Absurd w prawdziwym świecie.

To, co warto robić – to pytać: „co ci dało to, że piłeś?, „co daje ci marihuana?”. Nawiązać kontakt i próbować ponownie uruchomić możliwość decydowania na swoją korzyść. Pozwalać dochodzić do siebie. Dać poczucie, że tu się spotyka, by zrozumieć własne życie i dać sobie szansę.

Sens

Nie zawsze jest dobrze. Bywa, że ktoś po skutecznej terapii i późniejszej profilaktyce przed nawrotem uzależnienia dobrze rokuje i właściwie już niemal jest pewne, że udało się. Tymczasem przyjeżdża dawny kompan, lub dzieje się coś nagłego, o czym nie zdąży się przyjść porozmawiać. Tak, czasami mimo wszystko, ktoś taki znika na zawsze.

Po dobrych i złych doświadczeniach pojawia się pytanie o sens i skuteczność działań. Można ją wyliczać różnymi wskaźnikami, procentami i tabelami. Tu „Parasol” również się sprawdza. Kiedy siedzimy i rozmawiamy o ich pracy, w pokoju obok kończy się audyt. Z bardzo dobrymi wynikami.

Ale są i wskaźniki wystukiwane przez kroki powracających podopiecznych. Przychodzą pogadać, opowiadają o życiu i o tym, co wynieśli ze spotkań w „Parasolu”. Mówią o tym, jak na co dzień sami sobie pomagają nie wypaść za nawias własnych aspiracji. A przecież to również tu je odkrywali. Bywa, że włączają się działania ośrodka, już jako ci, którzy mogą pomóc innym.

Podopieczni dorośleją, wyfruwają w świat. O to przecież chodzi. A parasolnicy nadal starają się wychodzić do ludzi. Nie wciągają ich na siłę pod dach. Uczą otwierać parasol nad samym sobą. I nie gubić go znów w dworcowych zakamarkach.

***

Materiał przygotowany dzięki rozmowom z Marcinem Drewniakiem, wiceprezesem CPES Parasol i Agatą, streetworkerką tego stowarzyszenia.

Tekst ukazał się w 2015 roku na stronach projektu Profnet, którego celem było wzmocnienie i integracja sektora organizacji pozarządowych realizujących profilaktykę uzależnień. Realizowany był przez zespół Fundacji Praesterno, z którą miałem okazję współpracować także jako trener.

Podaj dalej