Kiedy gitara zostaje wdową

Wreszcie skończyła się wigilia. Nalałem sobie szklankę, siadłem do biurka, przesunąłem jakieś papiery, coś lekko stuknęlo o podłogę. Podniosłem kostkę do gitary, włączyłem komputer, zerknąłem na newsy BBC i usłyszałem, jak mój telecaster załkał. Gdzieś w Hiszpanii, po paru przygodach zdrowotnych, na niewidoczną stronę gryfu przeniósł się facet, który wybrał mi gitarę. Powiedział: “po cholerę ci kombinowane wiosło, ja gram pięćdziesiąt lat na sklepowym modelu i daję radę. Bierz tę za sześć stów i udawaj, że grasz”. No, coś takiego słyszałem. Niby po co miałby udawać, że do mnie mówi? To ten ze Status Quo: drugi przy mikrofonie i pierwszy na gitarze.

Riff… przepraszam, Rick Parfitt

Kiedyś po prostu wziął do rąk gitarę i zagrał. Z czasem jego znakiem rozpoznawczym stał się zdrapany telecaster, ten “ciężki kawał drewna”, jak mówi o nim Keith Richards. Rick zaś siedział, stał, leżał i wypuszczał spod palców kolejne rock’&’rollowe riffy. Nie zbudował gitary z obudowy kominka jak Brian May, nie grał na sześciostrunowym pogorzelisku jak Willy Nelson, nie chodził kaczym krokiem po scenie jak Chuck Berry czy Angus Young. Zakładał dżinsy i wchodził do studia lub na scenę, jakby tam zaglądał przypadkiem z ulicy. I robił swoje.

Piosenki na proste dźwięki
​​

Kiedy zaczynałem przygodę z radiem i szukałem tytułu dla audycji muzycznej, zacząłem od montowania pirackiego jingla. I to był zlepek gitarowych riffów Status Quo, między innymi tych z Whatever You Want. Szukałem czegoś, co będzie proste, jasne i trudne do odczepienia od ucha. A na swojej gitarze to właśnie Rick wygrywał riffy jak tykający zegarek, który potrafił chodzić sobie gdzieś w tle, a kiedy trzeba było – budził słuchających surowym, krótkim tematem, który potem brzęczał w głowie przez cały dzień. Krok w krok z Francisem Rossim przez kilka dziesięcioleci przeprowadzali muzykę przez kolejne pokolenia i ocalał proste gitarowe granie od zapomnienia. Dla większości polskich słuchaczy znani są pewnie z tego:

Grali od lat sześćdziesiątych, a prawdziwa historia Status Quo zaczyna się właśnie wtedy, gdy Rick dołączył do kapeli Rossiego – Traffic Jam. Wtedy też zmieniono szyld na The Status Quo (później “The” porzucono). W epoce dzieci kwiatów ten brytyjski zespół, jak wiele innych, poszukiwał własnej tożsamości w dość szybko zmieniającym się muzycznym krajobrazie. Poszukiwania nie odbiegały od tych, którym ulegali inni, jednak od początku to duet Rossi-Parfitt definiował sposób, w jaki funkcjonował band.

Na przestrzeni niemal pięćdziesięciu lat przez Status Quo przetoczyło się sporo mniej lub bardziej zdolnych muzyków, ale to Francis i Rick wynaleźli i dopracowali prosty, niezniszczalny silnik: zasilany rytmiczną gitarą Parfitta i sekcją, prowadzącymi strunami Rossiego i wymieniającymi się wokalami obu panów. Jeszcze w 1967 roku brzmieli jak Small Faces i inne grupy rozwijające rythm and bluesa trochę, nieco w stronę psychodelii.

To z tamtego okresu, kiedy zresztą Status Quo stał się jednym z plutonów brytyjskiej inwazji muzycznej na USA, pochodzi jeden z największych przebojów “starego” The Status Quo, Pictures of Matchstick Men. To z niego pochodzi charakterystyczne intro, grane tu przez hm… obciążonego estetycznie ówczesną modą Rossiego. Parfitt wygląda jeszcze bardziej rozbrajająco (to ten ucieszony blondas dołączający swój wokal):

​Później przyszły lata siedemdziesiąte, zmiana wizerunku i – przede wszystkim – stylu. Panowie ćwiczyli się w boogie rocku, wracając do korzeni rock and rolla przekopując między nimi elektryczne kable. W połowie lat siedemdziesiątych Rick był jednym z najbardziej znanych gitarzystów, wypracowując nie tylko swoją technikę gry, ale również zdolność odnajdywania się w studio i na scenie w zespole, bez tracenia własnej tożsamości. W roku 1977 eksplodował utwór nagrany dwa lata wcześniej przez Johna Fogerty’ego, ale dopiero zagrany przez Status Quo rozkołysał świat: Rockin’ All Over The World

…a zaraz za nim Whatever you Want. I to jest mój prywatny hymn gitarowego rock and rolla, który wie, że nie trzeba podpinać tysiąca efektów, biegać po gryfie z szybkością karalucha z biegunką, a gitar nie trzeba przerabiać na statki kosmiczne. Trzeba mieć poczucie rytmu, mieć gdzieś dyktat muzycznych mód i zwyczajnie cieszyć się graniem. Wszystko jedno, czy grał All Around My Hat czy In The Army Now – pozostał swobodnie wierny rytmowi, prostocie i ćwiczył palce w graniu czegokolwiek zapragnął własny puls.

Powinno się nazwać jakiś prosty, uzależniający rytm jego imieniem. Zresztą, Rick Parfitt i tak pewnie siedział w nim zanim rozbłysnął wszechświat dźwięków. To ten pan w czarnej koszuli z białym telecasterem na koncercie w Glastonbury, kilka lat temu. Podkręćcie głośniki bardziej niż zazwyczaj.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)