Ludzie,  Muzyka

Na brzegu nieba

W tym już wystarczająco się wydarzyło. Dokładnie 24 godziny temu siadałem do tekstu o Ricku Parfittcie, zmarłemu w Wigilię gitarzyście Status Quo. Dwie godziny temu BBC wystukało mi na monitorze jakiegoś newsa o George’u Michaelu. Kliknąłem, gapiłem się w ekran i przeszło mi przez myśl, że muszę być potwornie niewyspany, skoro mam przewidzenia takich informacji. Zanim zdążyłem sprawdzić tę wiadomość, o śmierci Georga Michaela pisali już wszyscy, a internet zalany był głosem, który jako jeden z nielicznych nie ucichł, kiedy zrobiły to jego lata osiemdziesiąte.

Prawie nic tu nie napiszę, bo George’a słuchałem muzycznie, a nie czytałem biograficznie. Wybrałem sześć piosenek, które z jakichś powodów są mi bliskie na tyle, żeby chcieć o tym opowiedzieć trzema zdaniami. Czytać nie trzeba, słuchać zdecydowanie warto.Po rozwiązaniu (a nie rozpadzie) zespołu Wham! George wydał balladę ballad, czyli Careless Whisper (już solową, ale sygnowaną jeszcze z połówką Wham!, Andrew Ridgeley’em). Kto się do tej pieśni nie ściskał w tańcu z kolejnymi, jedynymi miłościami gdzieś nad morzem, na dyskotekach lat osiemdziesiątych – w ogóle nie ma pojęcia, co to jest romantyzm, miłość i w ogóle gówno wie o tańcach godowych.Ale nie o godach miało być. Paul Gambaccini, legenda listy przebojów Billboardu twierdzi, że Wham! był właściwie tylko rozgrzewką Georga do kariery solowej, rozpoczętej na dobre płytą i singlem Faith. Dla Eltona Johna George Michael był wtedy ucieleśnieniem Elvisa z czasów, kiedy ten ostatni nosił skórzane kurtki i gitarę przewieszoną przez ramię. Wiara – jak mówił później sam George – w falliczną moc gryfu i nowy image, wystrzeliły go wyżej, niż mógł przypuszczać. Wtedy, jesienią 1987 roku, rozpoczął się nie tylko nowy okres kariery autora Last Christmasale i kolejna era popu. A jednym ze sprawców całego zamieszania był ten gitarowy wstęp [od 0:55]:

Z tej samej płyty pochodzi utwór, który jest jedynym wytłumaczeniem, dlaczego ten krzywy tekst po nocy piszę. Był rok ’87, może już ’88. W sobotnie wieczory gasiłem światło, zostawiałem tylko małą lampkę pod meblami. Pokój był zamknięty, a ja urządzałem pierwsze studio. Na biurku stawiałem monofoniczne radio Lena, a tuż obok kładłem stary, kasetowy magnetofon z kropkami zewnętrznego mikrofonu przytkniętymi do głośnika radia. Był głos Marka Niedźwieckiego, półmrok i piosenka, która chyba zawsze będzie mnie wynosić tam, skąd wyobraźnia lepiej widzi świat:

Dwa lata później pojawił się pewien singiel, do którego za chwilę wrócę. Ale w kwietniu 1991 roku na stadionie Wembley – który zresztą George Michael znał dobrze – odbył się koncert upamiętniający życie i twórczość zmarłego parę miesięcy wcześniej Freddiego Mercury’ego (według niektórych było to zamknięcie ery stylu stadionowego koncertowania lat ‘80). Poza członkami Queen ich piosenki wykonywało kilkudziesięciu innych muzyków. Wokaliści kombinowali przy tonacjach i liniach melodycznych, żeby “dociągnąć”. Jednak wśród tych, którzy pojawili się tam śpiewać, a nie kombinować, George Michael był absolutną gwiazdą. Przyznaję: ja, stary i maniakalny fan Freddiego, częściej włączam wykonanie George’a. Energia jaką wydobył z tego klasyka jest niepodrabialna:

Dwa lata po sukcesie krążka Faith do sklepów i na ekrany MTV trafia płyta Listen Without Prejudice vol. 1. Jednym z największych przebojów była piosenka Freedom! ‘90, a stała się nim z wielu powodów. Były nimi oczywiście wyniki sprzedażowe, były nowe dźwięki i świetna produkcja. Ale był też teledysk nakręcony przez Davida Finchera. I nie ma co kryć: dzieci kwiaty miały swoją wolną miłość w przyczepach kempingowych, która swój początek miała w słodkim zapachu trawki. Myśmy mieli pierwsze, zadymione papierosami i zaduchem piwa kluby III RP i pragnienie natychmiastowej, choćby i monodramatycznej miłości, uwalniane przez uparowaną Cindy Crawford w teledysku Finchera lub Helen Christensen z Wicked Game Chrisa Isaaca. Gdyby nie te i inne rozruszniki pierwszych uwzniośleń cielesnych, zostałaby nam wątpliwa radość lektury pierwszych razów w niemieckim Bravo. Nam. Chłopakom. Po latach – kiedy na wiele znajomości już było za późno – dowiedziałem się, że jednak dziewczynom też:

Wróćmy jednak jeszcze w czasie. Po sukcesie Wham! George szukał nowego miejsca dla siebie i na brak pomysłów nie mógł narzekać. Zaproponowano, by nagrali tę piosenkę wspólnie. Do studia przyjechał pierwszy, dwa dni przed nią. Nagrał swoje partie i czekał. Ciekawe, czy już wtedy wiedział, że jeden z jego idoli – Freddie Mercury – nie tylko chciał śpiewać jak ona, ale po prostu chciał nią być? Tyle, że Freddie zaledwie chciał. A z Arethą Franklin zaśpiewał na początku solowej kariery właśnie George Michael. Podobno nie chciała go przytłoczyć swoim głosem i pozycją. Tak było w studio. Ale już na płycie i teledysku (złote lata MTV!) przeplatały się dwa głosy zasłuchane w soul i Motown, dwie energie, które pokazały, jak mało mogą znaczyć różnice w doświadczeniu showbiznesowym, o ile ludzie wzajemnie wyzwalają talenty. Stylistyka być może dziś nie każdego przekona. Ale energia, jaka pulsuje w tej piosence – wybuchłaby dziś z taką samą siłą.

Przetrwał lata ’80, a dekadę później jego utwory królowały na dyskotekach i klubach. Stare były nadal grane, a nowe dzielnie torowały sobie drogę do uszu, ciał i pamięci słuchaczy. Przestałem śledzić poczynania George’a Michaela gdzieś pod koniec lat ’90. Jego muzyka stała się dla mnie zbyt klubowa, a ostatnią jego płytą, jakiej z przyjemnością słuchałem była Older z 1996 roku. Klasa, jaką stworzył powodowała i powoduje jednak, że wcześniejszych albumów do dziś słucham z taką samą przyjemnością. Nie tylko przez powroty mód muzycznych. Po pierwsze, to jest najlepszy z dobrych popów. Po drugie, to muzyka, z którą dojrzewałem i dzięki której sięgałem nie tylko po Queen, Led Zeppelin, Dżem czy Tinę Turner. Towarzyszyła mi przez wszystkie te lata nie z oddali, ale na co dzień – kiedyś z kaset, potem z CD, a teraz z mp3 i serwisów internetowych.Kiedy dotarło do mnie, że zostaje już tylko muzyka i nie dowiem się, jaki będzie siedemdziesięcioletni George, pierwszym tytułem, który przyszedł mi do głowy był ten, jeszcze z duetu Wham! Jeśli zagram audycję z jego piosenkami, zakończę pewnie Praying For Time. Ale tu, na koniec, będzie skocznie. Bo jeśli jest jakieś niebo, to George wybija rytm na jego skraju.

W jednym z wywiadów powiedział: Nie obawiam się tego, że ludzie mogliby mnie więcej nie zobaczyć. Moje dokonania są dobrze zabezpieczone. Jeśli jutro wpadłbym pod autobus, ludzie wciąż będą pamiętać, co zrobiłem i będą się mogli tym cieszyć. Mam szczęście. Ciągle powstaje wspaniała muzyka, a część z niej latami nie jest grana. Tymczasem moja, z jakichś powodów, znajduje sobie miejsce. To niesamowite czuć, że się to osiągnęło. Dodał, że chciałby tworzyć do końca życia. I tworzył.

Niezależnie od tego, jak często i dlaczego gościł na stronach kolorowych magazynów, jaką część zysków przekazywał na cele charytatywne i ile kontrowersji budził swoimi kolejnymi wcieleniami – zostanie w pamięci jako muzyk, który pokazał, co to znaczy dobry pop. Muzyk, nie piosenkarz z castingu.

Podaj dalej