Artykuły,  Społeczeństwo

Patrioci gwałtu

Wróciłem na FB w czasie, w którym powinienem z niego uciec. Widzę, ilu moich znajomych dało się zwieść przemocy, niechęci i nienawiści. Ilu bardzo fajnych ludzi dało się porwać mrzonkom o nowym, wspaniałym świecie rządzonym przez silną rękę niecierpiącą różnorodności. Doskonale jestem w stanie zrozumieć zmęczenie, jakie pojawia się przy chęci zrozumienia nowych zjawisk i jakoś jestem w stanie pojąć potrzebę świętego spokoju. Ale nie jestem w stanie zaakceptować skali i intensywności nienawiści i pogardy, jaką współtworzą lub wspierają moi znajomi i nieznajomi. Nie mogę przemilczeć tego, że realny lub – najczęściej – rzekomy gwałt powoduje żądzę nie tylko odwetu, ale prewencyjnej przemocy. Nie umiem zgodzić się na agresję wobec osób, które przypominają o tym, że przemoc jest zła niezależnie od tego, kto ją stosuje. Przede wszystkim jednak nie mogę się pogodzić z biernością ludzi, którzy czują, jak mocno zanurzamy się w atmosferze agresji i nic z tym nie robią.

(tekst napisany w lutym 2016 roku po fali ataków wymierzonych w działania ekipy z hejtstop.pl)

I. 
W atmosferze ostatnich miesięcy, a zwłaszcza ostatnich dni, kiedy masa nienawiści spada na organizacje sprzeciwiające się mowie nienawiści, od czasu do czasu dobrze jest próbować uporządkować sobie obraz rzeczywistości. W kontekście przemocy, która towarzyszy jak cień procesowi migracji, wybijają się dwa zasadnicze problemy.

Pierwsza sprawa, od której nie da się uciec, to polityka – także ta informacyjna – większości instytucji krajowych i europejskich. Zawiodła na całej linii, od ignorowania tematu uchodźców koczujących przez lata w Grecji, po klęskę humanitarną na Morzu Śródziemnym. Czegokolwiek by nie mówić o chęci przemocowego wyręczania państwa w kryzysowych sytuacjach, czego by nie powiedzieć o obustronnej agresji imigrantów i tutejszych – to i tak od pytań o odpowiedzialność wielu instytucji za tę sytuację nie da się uciec.Jakkolwiek jednak politycy i instytucje nie zawodziłyby w sprawach migracji, nie zwalnia to nas z pytań o to, jakie są granice reakcji na obecność imigrantów (czy to uchodźców czy tych przybywających z powodów ekonomicznych). A odpowiedzialność przyjezdnych za agresję i łamanie prawa nie może być powodem do wyciszenia pytań o to, jakie zło nam wszystkim wyrządzają samozwańczy „obrońcy” Polski.

Druga rzecz, to właśnie te złe reakcje, które przy różnych okazjach docierają do nas mniej lub bardziej bezpośrednio. Nie da się zauważyć, że największą zajadłość powoduje nie sam proces migracji i zagrożenia, które z nim są związane, ale próby równoważenia racji i wyrażanie sprzeciwu wobec nawoływań i promocji przemocy. Nic tak nie wścieka potencjalnych hejterów, jak powiedzenie: jesteście odpowiedzialni za przemoc. Bo z różnych przyczyn, wśród których z pewnością sporą rolę gra romantyczna edukacja historyczna i zwykła niechęć do spotykania się z własnymi wyrzutami sumienia – hejterzy próbują wmówić światu, że oni właśnie są tymi, którzy bronią świata przed gwałtem. Bajka przerabiana w historii dziesiątki razy.

II. 
Dziesiątki też razy wkładano ludziom te bajki na podobne sposoby do głów. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, kto je pisać zaczyna. Nie ludzie zagrożeni, nie realne ofiary kogokolwiek, nie ci, którzy mają jakąś wiedzę o problemie, nie ci nawet, którzy mają potrzebę buntu przeciw jakiejś sytuacji. Najgłośniej zawsze zaczynają działać ci, którzy sami mają powiązania z przemocą lub ją tolerują. Najlepiej widać to w tych najbardziej nośnych hasłach, wokół których rozsiewa się paniczny strach przed „obcymi”, kimkolwiek by nie byli.

Przede wszystkim więc trzeba poruszyć naturalne strachy: przed pobiciem, przed gwałtem, przed kradzieżą, przed wykorzystaniem ekonomicznym. Wzbudzić emocje, które działają silnie, bo związane są z pragnieniem bezpieczeństwa. To działało w starożytnym Rzymie, w średniowieczu i w Trzeciej Rzeszy. Z problemu, który jest możliwy do rozwiązania innymi sposobami – stworzyć wrażenie klęski, absolutnej niemocy i powszechnego, nieuniknionego zagrożenia. A tu już łatwo wmówić, że jedynym wyjściem jest krucjata. A ją mogą zorganizować oni. Patrioci gwałtu.

To oni najgłośniej krzyczą o inwazji i najwięcej mają ochoty, by się z nią rozprawić. Bo kiedy zaczną, w niepamięć pójdzie to, że są sami często na bakier z prawem, że akceptują gwałty, kradzieże, pobicia, zabójstwa, że dla paru groszy leją ludzi w zaułkach lub przez kawałek kolorowego szalika są w stanie rozwałkować na asfalcie jego właściciela. Wszystko to i więcej staje się nagle cnotą, oświetlone pochodniami patriotycznych pochodów i osławione narodowymi pieśniami. Byle nie pamiętać, że ci sami ludzie tak samo, jak imigrantów lub jakichkolwiek „innych”, leją kastetami rodaków. Byle zakrzyczeć, że ci sami, którzy krzyczą o gwałtach, sami z gwałtów na rodaczkach co najmniej czerpią powód do żartów.

Ci zaś, którzy tak ochoczo lajkują ich posty i udostępniają nawołujące do przemocy grafiki nagle zapominają, że to nie innastrańcy, lecz głównie współrodacy nadal ich najczęściej okradają i biją. Sympatycy tych rycerzy bejzbolowego kija chcą uwierzyć, że zawsze żyli w jednonarodowym raju aniołów. Tak bardzo chcą wierzyć, że usprawiedliwią każdą przemoc i prześladowanie, byle zachować złudzenia własnej nieskazitelności. Zapomnieć o narodowych rzezimieszkach przebranych za rycerzy jest łatwo. Trudno tylko potem uwierzyć, że oni naprawdę byli i będą rzezimieszkami. Zwłaszcza, kiedy ich oczy dostrzegą niewystarczająco entuzjastyczne poparcie dla ich gwałtów, albo – co gorsza – inne zdanie. Bo w tym wzroku i tak czai się agresja, chwilowo tylko kierowana przeciwko łatwo rysowanemu przeciwnikowi. Ona w końcu zwróci się także przeciw dzisiejszym sprzymierzeńcom, kiedy tylko zabraknie pretekstu zewnętrznego zagrożenia. Bo dla tych wielbicieli przemocy patriotyzm jest miłością do siły i pięści, do swojego poczucia wyższości. Nie do narodowej wspólnoty historii, aspiracji i różnorodności. Ważne jest to, że jest wróg, nie współrodak. Dlatego z tego drugiego tak łatwo można zrobić wroga. 

Dziś tym wrogiem jest każdy, kto ma czelność zakwestionować prawość i sensowność działań opartych na agresji. Bo przecież to jest jednoznaczne z poczuciem zagrożenia, że ktoś odkrywa prawdziwe motywacje rzezimieszków i w konsekwencji zabierze im ich ulubione zabawki. Wrogiem staje się ten, kto ma odwagę stanąć w obronie rozsądku i kultury. Po raz kolejni ci, którzy upominają się o kulturę polską i europejską, są zawrzeszczani i zarzucani hasłami o tym, jakoby agresja i jednorodność kiedykolwiek budowały znaczenie Polski.

Oprzeć się na ignorancji, mrzonkach, romantycznych legendach, brak pomysłów i wyobraźni zakryć krzykiem, zafałszowanymi obrazami i totalizacją strachów. Taka jest propozycja rozwiązania problemu migracji tych, którzy za nic nie chcą brać odpowiedzialności, za to mają sposobność rozkręcania lub włączenia się w agresję. „Trzeba wyręczyć nieudolne państwo!” krzyczą ci, którzy nic twórczego dla tego państwa nie robią. Bo agresja jest łatwiejsza. Skuteczniejsza? Nie. Bardziej rozkręca konflikty niż je gasi.

III. 
Ale jest i druga, sensowna odpowiedź na nieudolną politykę krajową i europejską. Václav Havel, człowiek którego odwaga została sprawdzona i potwierdzona, ktoś mimo doznawanych prześladowań odżegnywał się od zemsty, pisał: Dobra praca jest bowiem rzeczywiście krytyką złej polityki (a to cytat z jego słynnego eseju zatytułowanego – nomen omen – „Siła bezsilnych”). To jeden z niechętnie dostrzeganych kluczy rozumienia działalności organizacji antyprzemocowych. Aby ta druga odpowiedź miała szansę na realizację, musi dojść do głosu.

Havel we wspomnianym eseju pisał o działaniu, które wyłania się z mglistego zaplecza prawdy, które musi zostać wyartykułowane, musi wybrzmieć, jeśli nie chce pozostać esejem na biurku filozofa czy publicysty. Dlatego tak niezbędne jest komunikowanie sprzeciwu wobec gwałtu na ludziach, na kulturze, na rozsądku. Dlatego nie do przyjęcia jest ignorowanie zagrożeń przez ludzi, którzy je widzą, ale wolą przemilczać. Niestety, jeśli reakcją na strach przed imigrantami jest pospieszna nienawiść i gotowość do gwałtu – to reakcją na nie musi być artykułowanie sprzeciwu i proponowanie innych rozwiązań.

Nie można usprawiedliwiać swojego milczenia wobec gróźb przemocy tym, że „to tylko internet”, nie można usprawiedliwiać własnego lenistwa i wygody dąsami, że „tamci i tak nie zrozumieją”, nie można liczyć na to, że ktoś inny to zrobi w moim imieniu. To nie jest polityka, bo przyzwoitości nie da się reprezentować przez posłańców. To nie kwestia sympatii partyjnych, tylko wyboru i wypowiadania wartości, które bez działania są bezsilne.

Tak, liczy się reagowanie na nienawistne posty tworzone lub udostępniane przez znajomych.
Tak, zaznaczanie sprzeciwu nawet bez przekonania, czy inni znajomi do tego dołączą, ma sens.
Tak, stawanie po stronie atakowanych ma sens niezależnie od tego, czy gwałtu dokonuje brat, sąsiad, współrodak czy imigrant.
Tak, korzystanie z procedur instytucji państwa do zgłaszania przemocy ma sens.
Tak, sens jest czymś ważnym, bo może chronić ofiary.
Tak, mimo niechęci, strachu i skłonności do wzruszania ramionami – jesteśmy odpowiedzialni. Nawet, jeśli dla kogoś wypowiedzenie tego prostego zdania kojarzy się z namolnym moralizowaniem.
Tak, piszę to również dlatego, że się ruszyłem i reaguję.

Działaj. Bo nawet najmniejsza skala tego działania ma sens.

Podaj dalej