“DONNA KAMELIA”
Stanisława
​Kowalewskiego
wykonanie:
Jacek Zienkiewicz
​reżyseria:
​​Waldemar Matuszewski
organizatorzy:
Teatr Scena 64 oraz
Teatr Na Pustej Podłodze
​pamięci Tadeusza Łomnickiego​

Teatr Na Pustej Podłodze jest jednym z nielicznych przedsięwzięć, które odwołują się wprost do konkretnej wizji teatru. Przyznaję, że kiedy gnałem na spektakl świeżo popsutym samochodem przez popołudniową Warszawę, zastanawiałem się, ile z idei Tadeusza Łomnickiego będę mógł wychwycić. Zespół teatru nie mógł właściwie wybrać ani wyżej, ani bardziej kłopotliwie. Wyżej – bo niezależnie od gustu nie da się zaprzeczyć aktorskiemu kunsztowi “Łoma”, a to skazuje artystów na pracę na wysokich obrotach w czasie przygotowań i na scenie. Bardziej kłopotliwie – bo nie jestem pewien, na ile tamten warsztat jest dziś przyswajalny zwłaszcza dla młodszej publiczności. Myśli te trzeba było jednak uciszyć, kiedy na niewielką scenę padło wreszcie pierwsze światło.

Już od pierwszych scen można było wiadomo, że z oryginalnego i prostego tekstu Stanisława Kowalewskiego nie da się – a przede wszystkim nie warto – robić teatru eksperymentalnego, ani awangardowego. Opowieść o sennym dworcu i spotykających się tam szlakach mieszkańców niewielkiego, przedwojennego miasteczka sama nasunęła wiarygodny sposób opowiadania. Jak przystało na motto teatru, scenografia sprowadzona do minimum, a forma kameralnego monodramu od początku zamknęła nas wszystkich w intymnej atmosferze pokoju na zapleczu, jakie bywały do dyspozycji specjalnych klientów prowincjonalnych szynków. Tam przyszło słuchać historii o świecie, który nie do końca się wydarzył, a potem zniknął. Wszystko za sprawą tytułowej Donny Kamelii. O niej samej za chwilę, bo choć to wokół niej snuła się opowieść, tak naprawdę przed oczami klienteli pokoiku na zapleczu przeszło niespiesznie kilka historii ludzi, bez których nie da się namalować nastroju tamtych miejsc. Młode chłopaki, ganiające za dalekobieżnymi pociągami, przynoszącymi nieme tajemnice dalekich miast, zmartwienia i radości tych bardziej i mniej robotnych ojców i samotników. Niewyszukane w marce i cenie trunki gaszące na chwilę niepowodzenia, dnie i wieczory, odgłosy i cisze małego miasteczka. Małe plotki i wyhodowane skandale. Wszystko to, co przykrywa nudę i pytania o nadzieję zmiany na lepsze. Słowem, menażeria postaci, emocji i obrazków, które coś i ktoś łączył. Ona i jej niedosięgnioność.

Zniewalająca Donna Kamelia wpisuje się w znane z literatury i kina obrazy kobiet z granicy rzeczywistości i pragnień. Mówiono o takich, że uprawiają najstarszy zawód świata, jakby nie było prostszych i współczesnych słów. Nie bez powodu jednak przyszło mi do głowy tamto określenie. W opowieści odegranej przez Jacka Zienkiewicza Donna Kamelia uprawia raczej najstarszą tęsknotę świata. Dla bywalców prowincjonalnych dworców nie była przecież punktem nieskomplikowanych usług, lecz tęsknotą za światem niedostępnym. Pojawiała się przed ich wzrokiem przelotna i skryta, jak wnętrza przedziałów klasy pierwszej pociągów z dalekiego Wiednia czy choćby Warszawy. Unosiła nad sobą obłoki historii, których mieli nigdy nie słyszeć i zapach sekretów, których być może nigdy nie skosztują. Była nie tylko kimś rozkosznie i nieznośnie odległym, ale i uosabiała świat, który zawsze dla będzie dalej, niż na wpół pusty peron. Świat sukcesu i świateł, które zawsze przesłania gęsty dym odjeżdżających lokomotyw.

Tyle opowieści. Nie wydarzyłaby się, gdyby nie scena.

Tamtego wieczora Jacek Zienkiewicz był wyraźnie spięty i chwilami przedstawienie gubiło rytm, o który aż się prosiło, słuchając opowieści o stukocie żelaznych kół na szynach. Trzeba opanowania, by powrócić do tego rytmu i tu aktorski warsztat nie zawiódł. Poza tym, o czym już wspomniałem, to dzięki grze białołęckiego aktora opowieść stawała się momentami nieoczywista i lżejsza od prostych skojarzeń. Kamelia mogła być przecież o wiele bardziej jednoznaczna, a jej doszli i niedoszli goście mogli być zwyczajnie klientami.

Jest jednak w spektaklu jednak coś, co irytuje i wydaje się, że wynika z koncepcji reżysera. Nie jest to coś, co odrzuca od oglądania, ale przeszkadza, jak jedna łyżeczka cukru za dużo w herbacie. Momentami bowiem wręcz nachalnie postawiono na czyste odwzorowania: małe musi być przykucnięte, grube musi być koliste, pijane konieczne bełkotać, a wojna musi być na czarno i niemal z patosem. Tu i tam zabrakło po prostu o p o w i e ś c i o obrazach, a z tymi Zienkiewicz radzi sobie na scenie wyśmienicie. Kolejne kadry odrysowane raczej, niż opowiedziane, nie dawały takiej satysfakcji i nie bawiły tak, jak mogłyby. Owych przekalkowanych grubą kreską obrazów i emocji było zbyt dużo i sądzę, że nie pozwoliły się “wygrać” aktorowi, który mógł pokazać o wiele więcej bardziej subtelnymi środkami. O to, że potrafi nimi dobrze dysponować przekonał tam, gdzie nie zdecydowano się na te grube linie.

Spektakl nie wszystkich porwie, choć z pewnością mógłby. Jednak…

Ano właśnie. Zachęcam do odwiedzenia tej małej stacyjki na scenie. Kiedy teraz myślę o tym, przypominają mi się wszystkie stacyjki, które odwiedzałem w podróżach, które nie zawsze miały cel. Nie zachwycały kunsztowną architekturą, rozkład jazdy zajmuje niewiele miejsca, perony nie pomieściłyby więcej, niż podróżnych jednego pociągu, a w kasie najszybciej pracował tykający zegar. Ale to właśnie tam czuć ciepły zapach szyn, który budzi zew podróży. Tam człowiek czuje się współgospodarzem, tam czasami zostawia walizki z przeszłością i to o tych małych stacyjkach opowiada przy zimowej wódce znajomym, kiedy chce zabłysnąć czymś nieoczywistym z letnich eskapad.

Dlatego polecam “Donnę Kamelię”, tę opowieść o tęsknotach za przyszłością i przeszłością. Na peronie, gdzie Donna stawiała swoje rozkoszne stopy, można jeszcze wsiąść do tego rzadkiego pociągu – może mało współczesnego i bez wifi – ale z pewnością dojedziecie nim do teatru. Teatru, który żyje i pozwala odżyć.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)