Artykuły,  Społeczeństwo

To jest prawdziwa historia

Był rok 1914, chwila przed świętami Bożego Narodzenia. Chyba mieli dość strzelania do siebie, do nich, siedzenia w błotach tej idiotycznej wojny. I pewnie tęsknili do przyjaznych wieczerzy, choinek i wizyt u sąsiadów. Zwłaszcza, że te święta – choćby dla ich klimatu – obchodzić może każdy, kto tylko czuje taką potrzebę. Tymczasem tu zamiast dzwonków kolęd było słychać szczęk karabinów.

Ktoś odłożył na chwilę lufę. Po obu stronach szeregowi zaczęli stroić okopy czym się dało. Ktoś zaczął nucić i po chwili zza zwałów ziemi, zamiast strzałów, ci z drugiej strony usłyszeli kolędy. Na moment zrobiło się cicho i to oni przejęli melodię. Ktoś krzyknął nad okopami życzenia, ktoś odkrzyknął. Przez kolejne chwile tych życzeń rzucanych zamiast granatów było coraz więcej. Oficerowie nie tylko niechętnie sprzeciwiali się temu życzeniu dobrze wrogowi, ale w końcu ustalili między stronami tego małego kawałka frontu rozejm (kiedy ta wieść się rozniosła i ze sztabu płynęły rozkazy natychmiastowego przerwania tej herezji – udawali przez jakiś czas, że telegrafy nie działają i wbrew wszystkiemu rozejm przedłużali).

Mieli pozostać w okopach, ale nie trzeba było długo czekać, żeby szeregowi, później i pod- i oficerowie wyszli na ziemię niczyją, która ich dzieliła. Zdążyli przygotować zbierane na szybko paczki. Na ziemi przeszytej kulami śpiewali, składali sobie życzenia i pili ohydną, ale wspólną kawę.

I pokazywali sobie wyjęte z kieszeni niewrogich przez moment mundurów zdjęcia swoich narzeczonych, rodzin i dzieci. A potem między okopami urządzili mecz piłki nożnej.

To wtedy oficerowie udawali, że nie dochodzą do nich rozkazy rozwścieczonych generałów dyktowane przez jeszcze bardziej oszalałych polityków. Ci ostatni, jak to oni, siedząc daleko od frontu w wygodnych gabinetach, skazywali innych na śmierć, opowiadając wdowom i sierotom na osłodę bajki o bohaterstwie. Chętnie. Zwłaszcza, że nawet słowo “bohater” kosztuje mniej niż blaszka karabinowego naboju.  

Tymczasem między okopami zamiast żołnierzy padały gole, zamiast gwizdków do boju odgwizdywano rzuty wolne. To trwało dłużej, niż mogło. Politycy i generałowie właściwie wysyłali już gazy bojowe, które miały zakryć na zawsze swoich i wrogów. Rozejm dobiegł końca – musiał, jeśli ktoś w ogóle miał to przeżyć. Odgwizdano koniec meczu, wymieniono ostatnie kartki i życzenia. Obie strony wróciły do swoich okopów, gdzie czekali nowi oficerowie. Nie mieli wiele do powiedzenia, ruchem głowy pokazywali, żeby kierować lufy w stronę tamtych okopów. Któryś z nowych oficerów podniósł do ust gwizdek i odbiezpieczył pistolet.

To było naprawdę. Rok później niedaleko tego miejsca znów ktoś próbował przerzucić życzenia, ale na wszelki wypadek przysłano jeszcze nowszych stróżów prawomyślności. Jednak dzięki tym chłopom, którzy wyszli na ziemię niczyją, bo woleli strzelać piłką do bramek, niż kulami do ludzi – z tej wojny zostało coś, co mnie porusza co święta. Rozejm bożonarodzeniowy. Poczytajcie o nim, jeśli chcecie, bo warto. Warto poznać ludzi, którzy chcieli być bardziej, niż tylko spustem i celem.

I tego nam życzę w te święta. Żebyśmy chcieli być bardziej dla siebie nawzajem. Skoro można.

Podaj dalej