Ludzie,  Miejsca

Wyprawa po błękit (część 1) – w drogę!

To będą obrazki z podróży, która trwała dzień, a jednocześnie jest trochę poza czasem. Tyle się działo, że nawet nie będę układać tych obrazków – no, może kiedyś złożę je wszystkie w opowieść. Ale jakoś mi szkoda nic nie zrobić z tym, co zostaje w głowie. Dziś z podróży daje się głównie zdjęcia – tu będą raczej słowa. Ale może ktoś znajdzie jakąś radochę w czytaniu kilku części nieuporządkowanej relacji z drogi.


Toli oraz Eli i Leszkowi

Jedną z najlepszych spraw, jakie istnieją na tym pięknym – mniej więcej – świecie jest to, że ulubieni ludzie zabierają nas do swoich ulubionych miejsc. Można jeździć palcem po mapie, można jeździć pociągiem, busem, samochodem i docierać w różne miejsca – ale można też jeździć nie tyle po czymś lub czymś, ale z kimś. Jadę czymś i wygodnie docieram do ostatniego przystanku, stacji czy parkingu – ale nawet najwygodniejszy samochód nie zabierze mnie do swoich przodków, nie pokaże mi swoich skrótów przez lasek. I nie kopnie pod stołem, żebym zostawił miejsce na kolejną potrawę, której gdzie indziej nie spotkam. A tego to już bym sobie nie wybaczył.

Nie miałem zielonego pojęcia, że tam w ogóle kiedyś będę. Potem miałem już pojęcie i kolorowe i białe i przedwiosenne, ale kiedy pierwszy raz zjeżdżaliśmy busem w dolinę Liwca było letnie przedpołudnie. Czworo lekko rozleniwionych sobotą wędrowców wysiadło tam, gdzie każdy przytomny człowiek trafia najpierw w każdej polskiej wiosce: do nienachalnych rozmiarów sklepu. W mieście się nie dostanie ani takich bułek, ani takiej oranżady (nie mówcie, że nieprawda, bo sprawdziłem!). Nie chodzi wcale o to, że te bułki są jakieś nadzwyczajne – ot, dmuchane takie jakieś, jasne, ale lekko przyschnięte z wierzchu, przez co sprawiają wrażenie chrupkich. Oranżada w kolorach, które każdy inny gatunek ponaglałby do ucieczki – ale nie nas. Rozsiedliśmy się, jak Pan Bóg nakazał, na ławce pod sklepem i otuleni coraz bardziej zapachem obornika, zagryzaliśmy suche bułki, degustując kolejne barwy niemiłosiernie nasyconych gazem oranżad.

Niezwykłe jest to, że nawet, jeśli ktoś wychował się na wsi i dobrze zna takie ławeczki, w innej wsi lub z nowymi ludźmi zawsze to będzie atrakcja turystyczna. O mieszczuchach już nawet nie wspomnę, bo my traktujemy te sklepowe ławeczki z jakąś mityczną czułością, a do sklepowych tam mamy sentyment graniczący z familiarnością. Od razu gdzieś w podświadomości rodzi się chęć kupowania u pani Grażynki, pana Józka – byle móc powiedzieć o nich familiarnie, zdrabniając imię. Choćby po godzinach byli seryjnymi mordercami albo wyrąbywali w pień puszcze – dla nas są kimś niemal znajomym. Naturalnie zakładamy, że to irracjonalne uczucie jest wzajemne, tymczasem jeślibyśmy to samo zakładali w przypadkach zakochania – żylibyśmy w ciągłej tragedii nieodwzajemnionych uczuć. Ale ostatecznie, kto nam broni mieć sentymenty i wychodzić na głupków.   

Zanim jednak wysiedliśmy pod sklepem, trzeba było ruszyć z samego Placu Defilad, na którym zresztą od lat defilują tylko busy i podróżni o zróżnicowanym stanie technicznym. Busy, autobusy, a w większości pojazdy do przewozu ledwożywca zasługują na osobną opowieść. Nam udało się ruszyć tym pierwszym, na całych czterech kołach. Z Warszawy trasa jest niedługa i po prostu ładna – o ile zamiast śmigać przez budowaną A2 przez Mińsk Mazowiecki turla się “przez wiochy”. Ruszając z centrum stolicy najlepiej przemknąć do Rembertowa, skąd już spokojnie można się toczyć przez Sulejówek, Okuniew i dalej na wschód. Po drodze zresztą trafiają się niespodzianki, bo w tych okolicach ciągle jakieś remonty, przez co czasami można na własną rękę szukać objazdów wbrew rozsądkowi i ilości paliwa. W Sulejówku można oczywiście wyskoczyć na spacer po uliczkach, lesie albo miejscach związanych z facetem od zamachu majowego – ale na to lepiej przeznaczyć inny dzień. Tamtej soboty jednak turlikaliśmy przez podwarszawskie lasy i wioski, niektóre mniej, inne bardziej urokliwe – ale dla mnie ciekawszym odcinkiem jest ten, który otwiera Stanisławów. Bo bociany.

Nie wiem dlaczego, ale to gdzieś w okolicach tego dawnego miasteczka bociany wyznaczyły sobie granicę gęstszego zamieszkiwania, jakby bliżej Warszawy było bardziej słychać klekot miasta niż klekotanie czerwonych dziobów. Nie wiem też, dlaczego bociany tak dobrze usposabiają, ale niewiele jest obrazków na drodze, których się tak wypatruje, jak tych dziobów na wiosnę. A od Stanisławowa i w gniazdach i na łąkach czy polach pojawiają się tym częściej, im dalej na wschód. A tym samym krajobraz coraz bardziej przychylny wszystkiemu, co lubi w miarę spokojnie żyć, niezależnie od tego, czy woli biegać, człapać, latać czy pływać. Im bardziej w górę linii Bugu, tym spokojniej. Choć to spokojniej też sobie trochę tworzymy w stęsknionych prostotą głowach, bo przecież niepokoje i tragedie tak samo wchodzą bez pukania do każdych drzwi. Ale z drugiej strony, nie po to ruszamy w małe i duże podróże, żeby śledzić nieswoje niepokoje, tylko po to, żeby zaglądać w górę na bocianie gniazda. Ostatecznie tam musi być coś dobrego, skoro co rok powracają. Cholera wie, może dlatego tak lubimy ich szukać każdej wiosny.    

Dobre. No, bo i Dobre jest po drodze, a w nim i prywatne muzeum-galeria, i mały rynek, i bocianie gniazda tuż przy rynku. Jeśliby jechać bardziej od północy, zamiast przez Dobre można poprowadzić drogę przez Jadów i tam zatrzymać się na lodach, które są znane od Wołomina po Węgrów. Niewielka kawiarenka powstała po przeniesieniu lodziarni z mniejszej kamieniczki przy jadowskim rynku, gdzie tak czy inaczej działa od 1955 roku, kiedy pani Apollonia ukręciła pierwsze lody, potem upiekła własne do nich wafle i tym sposobem ze sklepowej została królową kilku smaków letnich smaków. Od tego czasu już kolejne pokolenie kręci ten biznes na chwałę podniebień.

Jak by nie jechać, dotrzemy w końcu na skraj doliny Liwca, choć tu polecam drogę przez Dobre, bo dobra na dobrą sprawę i zamyka się otwarciem horyzontu na rozległą nizinę, nad którą nieco nieśmiało, bez nadęcia, straż pełni baszta liwskiego Zamku (o którym będzie mowa w kolejnej części “Wyprawy po błękit”). Droga tak prowadzi, że można się przez chwilę nacieszyć odcieniami zieleni, żółciami pól, a jesienią wszystkimi możliwymi barwami, których stada umawiają się tu chyba na odloty przed zimą. A w końcu, trochę niespodziewanie zjeżdżamy do samego Liwa, pod sam kościół. Kościół katolicki, co o tyle warte wspomnienia, że to ostatnie miejsce, gdzie świątynia oznacza miejsce katolickie. Im dalej na wschód od Liwca, tym więcej cerkwi i tego, co tak naprawdę jest prawdziwą Polską – różnorodność kultur, wiar, obyczaju i sąsiedzkie dróżki między tym wszystkim. Ale o tym w dalszych częściach tej opowieści.

Kościół ładny, jakich sporo w tych stronach, neogotycki, z pionowymi podziałami równymi jak skiby na pobliskich polach. Tu tu proboszczował ks. Jan Paweł Woronicz, który dziś jest znany chyba głównie z tego, że przy warszawskiej ulicy jego imienia usadowiła się telewizja (do 2014 roku publiczna). Ale jest i skojarzenie z innych stron, bo na chrzcielnicy znajdziemy herb Ślepowron, którym posługiwała się przez wieki rodzina gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Polska to ciekawy kraj. Tym ciekawszy zresztą, że to, co w liwskim kościele najciekawsze – znajduje się poza nim. Otóż wokół świątyni rosną sobie drzewa i nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie to, że pod drzewami rosną tabliczki. Nigdy nie widziałem czegoś takiego i od razu polubiłem to miejsce. Być może warto ten pomysł skopiować i dziś, jakieś sto lat po tym, kiedy liwskie tabliczki przydrzewne zaczęły powstawać. W krainie, gdzie drzewa dają schronienie, ciepło i życie, ludzie postanowili o tym przypomnieć kolejnym pokoleniom. Na każdej z tabliczek wypisano rymowanki chwalące drzewa, na przykład: “Kochane nasze dziecinki, nie łamcie żadnej drzewinki” / “Starsi dzieci nauczajcie, drzew marnować im nie dajcie”. Urokliwe. I jakoś prawdziwe, bo poznałem człowieka z tych okolic, który siekierą w dozwolonym lesie bystro wywija i rzeczywiście ani szczapy nie zmarnuje. Widać nauka nie poszła w las. A raczej poszła w las nie na marne. tak czy inaczej warto przyokazji pobytu w Liwie zajść na kościelne podwórze i poczytać te mądrości, bo może i są naiwne, ale coś szczerego z nich wchodzi w człowieka.

Sam Liw był kiedyś miasteczkiem, ale w końcu prawa miejskie utonęły w kolejnych roztopach, kiedy Liwiec podchodził pod bramy zamku. Zachował jednak do dziś obyczaj wyboru dwóch sołtysów – jeden dla starego, drugi dla Nowego Liwa, choć nikt nigdy chyba nie wyznaczył dokładnej granicy między tymi zwyczajowymi obszarami. Ale liwscy sołtysi rządzą tymi terenami niezależnie od czasów, przywołując tradycje epoki, kiedy na zamku jeszcze tętniło życie, od czasu do czasu ktoś straszył, a innym razem brał podstępem tego czy innego najeźdźcę (o czym, jak już chyba wspominałem, w osobnej części). Za Liwcem z kolei, już po podlaskiej stronie, stoi Sowia Góra, z której można obejrzeć przepiękną dolinę z meandrami Liwca i sylwetką zamku. Warto z Sowiej Góry obejrzeć zachód słońca i posłuchać, jak przed nocą budzą się łąki i brzegi rzeki. Aż dziwne, że z niewiadomych powodów ktoś za mało tu dba o rozwój agroturystyki.

Swoją drogą ciekawe, że taka mała miejscowość od wieków ściąga różnych drabów. Również mnie. Tyle, że mnie udało się nie najeżdżać tej krainy, ale przyjechać na kawę, która potem przerodziła się w kolejną, a potem w obiad i inne okazje, by poznać ludzi i słuchać historii.

Można podróżować do jakiejś mety i tak zazwyczaj robimy. Ale czasami nosi nas trochę przypadek, trochę niespodziewane sploty okoliczności, trochę podtrzymywana chęć zobaczenia kolejnego zakrętu. I tak zamiast mety podróży można nieoczekiwanie odnaleźć jej start. Mnie właśnie Liw otwarł mnie na to, co dalej, pobudził smaki, wrażliwość i ciekawość. W miejscu, gdzie pod drewnem znajdują swój dom zające i koty, gdzie spadająca na podwórze brzoza daje ciepło w środku zimy, gdzie z dwóch bram i trzech furtek zawsze któraś jest otwarta – znalazłem jakiś początek do dalszego wędrowania. A samo wędrowanie, jeśli ma się szczęście, odkrywa przed nami w końcu proste sprawy, jak choćby ta, że w wędrowaniu chodzi również o to, by czasami przysiąść i zjeść. Prosta rzecz, ale kiedy jest zwyczajem ludzi serdecznych, szybko staje się oswojeniem.

Otóż ja takie szczęście miewam. Nad rozleniwionym Liwcem objęły mnie smaki i opowieści, rozmowy i coś, co biegnie przez i pomimo pracy, zmęczeniu, stresom, złościom i chorobom – serdeczność. Czasami biega po stole, między jedną a drugą potrawą, czasami przywołuje mnie rozmowami, a czasami przysiada na uchu filiżanki. Nie wiem, być może tylko ja tak mam, ale jeśli w domu – gdzie przecież wcale nie musiało mnie być – oswoiłem filiżankę do kawy, która może na mnie nie czeka, ale zawsze się ze mną dobrze wita – to to jest jakieś szczęście. I lepszego widoku na dalszą część podróży nie mogę sobie wyobrazić.  

A za leniwą wodą zaczyna się Podlasie, do którego bramkę otworzył mi zapach i smak liwskiego chleba, góry równo ułożonego na podwórku drewna do pieca i serdeczność gościnnego domu, do którego zaprowadziła mnie jedna z najulubieńszych dusz. Tak to można podróżować.

Ciąg dalszy nastąpi i napiszę trochę więcej i południowym Podlasiu i błękicie na jego krańcu!  

Podaj dalej