Książka,  Kultura,  Ludzie,  Miejsca

Nauczyciele (3). “List do polonistki”

Moja Droga Pani Profesor,
otóż prawdopodobnie nieco zdziczałem przez te nasze lekcje. Może gdyby Pani miała cięższą rękę, wyszedłbym na ludzi. Tymczasem miała Pani rękę lekką i do uczenia, i do aktów papierowej, polonistycznej przemocy. Nie pamiętam już dlaczego usiadłem w pierwszej ławce przy biurku w sali od polskiego, pewnie przyszedłem ostatni. Pamiętam jednak, że starała się Pani wbić mi miłość do języka ojczystego dziennikiem lekcyjnym, zwłaszcza po moich niebywale inteligentnych wypowiedziach. Daleko nie było, wystarczyło dydaktyczne ramię – uzbrojone w coraz bardziej rozleciany dziennik – wyprostować w stronę lekko niesfornego, za to wyrośniętego licealisty. No, Pani pewnie powie teraz: “Zmuda, nie wymyślaj!”, a i tak jestem pewien, że zawsze po tym straszliwym zamachu, wracając do opowieści o Wyspiańskim czy innym Bursie, na pół sekundy zerkała jeszcze z łobuzerskim uśmiechem w moją stronę. Chyba bardzo chciałem wierzyć, że te uśmiechy są ważniejsze od kolejnych stopni, których zresztą – zawsze tak mi się wydawało – stawianie nie było Pani pasją.

Wie Pani, znalazłem kiedyś stare zapiski, na których próbowałem pisać wiersze i opowiadania. Były tam też jakieś fragmenty wprawek polonistycznych i wspomnienia z liceum. Zaskoczyło mnie, że nie pisałem tam o przerabianiu książek czy lektur, ale o tym, że mówiliśmy na lekcjach o literaturze. Zapiski zaginęły gdzieś po drodze, ale to zdanie zapamiętałem i miałem już wtedy rację. Z Panią się bardziej rozmawiało, niż uczyło. Pewnie przez poczucie humoru i rzadką zdolność łączenia uszczypliwości z sympatią. Uszczypliwości było tyle, że szłoby tym zapełnić osobny zeszyt, ale jakie one były!

Pani pewnie nie pamięta, kiedy przyniosłem do poczytania kilkanaście swoich wierszy – szału nie było, ale coś tam dobrego udało się Pani wydłubać. I wie Pani, kiedy na różnych warsztatach młodzi ludzie dają mi czasem coś do przeczytania, siedzę i szukam czegokolwiek, dzięki czemu można powiedzieć im coś pozytywnego. W ten sposób jakieś tomiki nawet wyszły im spod ręki, więc – proszę wybaczyć spoufalanie – doczekała się Pani przyszywanych poetyckich wnuków. Choć czasami i mnie korci, żeby powtórzyć komuś to, co sam usłyszałem, kiedy przyniosłem Pani swoją pierwszą w życiu – no, niebywale wprost zabawną! – fraszkę erotyczną:

Ona wzdycha. Mówiąc prościej,
Ogień nieci na swej cości.

– “Zmuda, ty jesteś ciężko chorym człowiekiem!” – natychmiast odpaliło w moją stronę ciało dydaktyczne, popukując się w czoło. Postronni pomyślą, że przesadzam, ale nikt nie wystawił mi recenzji w lepszym stylu. Miałbym to na piśmie – trzymałbym w ramce, a odpis nosił przy sobie i pokazywał przy różnych okazjach – bo wariat może więcej! A Pani wariatów nie leczyła, za to uczyła ich zrozumiałej mowy.

Swoją drogą najmniej przypominam sobie lekcje gramatyki, choć to od Pani uczyłem się tego, że nie tylko warto dbać o, co się mówi, ale też jak się mówi. Tyle, że nie umiem sobie przypomnieć żadnej anegdoty gramatycznej z Pani sali. Pani pewnie powiedziałaby: “Taaa, ty byś co zapamiętał!”.

Pamiętam jednak lekcję gramatyki, tyle że piętro wyżej, w klasie biologicznej, gdzie profesorka od żab i ewolucji doprowadzała nas swoimi nieprzejednanymi wymaganiami do utraty przytomności. Byliśmy tak zestresowani, że przy tablicy nawet najbardziej wyuczone jednostki straciły wszelką wiarę w siebie – jak choćby nasza Magda. Widząc coraz większe zniecierpliwienie za biurkiem, próbowała wykrztusić z siebie cokolwiek, aż wyjąkała coś o tym, że człowiek ma dwadzieścia dwie pary chromosom.
– “Mów! Mów!!!” – huknęła profesorka, ostra tak samo jak zacna.
– “Noooo przecież mówię…” – wyszeptała łzawo biedna Magdula.
– “Chromoso-MÓW!” – huknęła biologica, po czym pozwoliła uczennicy rozpaść się na pojedyncze komórki, mitochondria i chromosomy. Nawet najbardziej buńczuczne łajzy klasowe – w tym ja – czuły się wobec tej sceny mniej warte od eugleny zielonej w agonii (co nie przeszkadza mi zresztą czuć do dziś sympatię do tej profesorki).

Ale to nie u Pani, gdzie panowała niemalże dydaktyczna anarchia. Kiedy inni nauczyciele z uwielbieniem wpisywali wszystkimi kolorami tęczy pałki, dwójki. piątki, czy co tam mieli na składzie, Pani pozwalała sobie na zachowania jakby zaskakujące. Mimo mojej absolutnej leniwości, łajzowania, szwędactwa, wykpiwania się od lekcji teatrami, samorządami i innymi -ami, chyba należałem do tej grupy uczniów, co do której żywiła Pani jakieś nadzieje na rozsądek i podstawową inteligencję. I samym środku tych nadziei nastał piątek, kiedy wpisaliśmy sobie jako zadanie domowe przeczytać na poniedziałek “Pamiętnik starego subiekta” z “Lalki”. W poniedziałek stanęła Pani – jak zawsze – oparta nieco o biurko, tuż nad moją głową:

– “To jak, dziś porozmawiamy o pamiętniku Rzeckiego?” – obwieściła w formie pytania retorycznego polonistyczna blond głowa, na co szatynowy i pusty łeb siedzącego poniżej (i poniżej podpisanego) popadł w lekką panikę. Pamiętałem o tym, że nie pamiętałem przeczytać “Pamiętnika starego subiekta”, ale nie pamiętałem o tym, że nie zapamiętałem nie pamiętać nie czytać o jakimś Rzeckim! Nie wiem, co za diabeł mnie podkusił, żeby na wszelki wypadek zabezpieczyć się przed ujawnieniem mojej bezgranicznej niewiedzy. “Lalki” nawet nie tknąłem, a czułem, że lepiej wyłożyć się na jednym temacie.
– “Nie, nie. Dziś miał być Pamiętnik starego subiekta, nie Rzecki!” – wypaliłem sprytnie, sądząc że skoro na dzień dobry zabłysnę korektą, będę kryty. I wtedy zobaczyłem nad sobą coraz bardziej okrągłe, polonistyczne oczy. Patrzyła Pani z niedowierzaniem, z jakim jełopem przyszło dzielić ten piękny świat.
– “Zmuda, masz trzy dni na przeczytanie całej Lalki” – powiedziały zamknięte w politowaniu oczy i przez całe trzy dni ostentacyjnie omijały moją żałosną postać. Zdjąłem z półki “Lalkę”, pominąłem Wokulskiego i straszną Izabellllę, odszukałem pamiętnik starego subiekta. Ta literacka menda miała na nazwisko Rzecki. Poczułem, jak bardzo wolałbym sobie dyndać w tym momencie na jakiejś latarni – Pani Profesor, do dziś trzymam w szufladzie sznur! Przez trzy dni nauczyłem się “Lalki” na pamięć, dorzuciłem życiorys Prusa, wykopałem wiadomości o pierwszych wydaniach, adaptacjach, recenzjach i wszystkim, co było dostępne w Bibliotece Śląskiej. Po trzech dniach i nocach stanąłem przed biurkiem sam z siebie, żeby tym razem powiedzieć to wszystko, pokazać, że nie jestem taki osioł, że się poprawiłem.
– “Przeczytałeś?” – zapytały nadal odwrócone oczy.
– “Tak! Prus wymyślił pamiętnik Rzeckiego jako sposób na…” – zacząłem planowany ośmiogodzinny wykład z “Lalki”, ale w tym momencie oczy znów uniosły się w moją stronę i przerwał mi ten uszczypliwie rozbawiony głos:
– “A, no to dobrze, to będziesz pamiętał”.
Koniec. Kurtyna. Wszystkie kurtyny świata. Pani z tym uśmieszkiem pofrunęła na korytarz, a ja stałem jak obładowany skrzynkami ksiąg osioł. I nie oszukujmy się, czasami nadal słyszę w sobie oślęce pomysły, ale dzięki Pani zamiast się nimi załamywać, jakoś człapię dalej z nadzieją na uśmiech za zakrętem.

Tych historii moich i całych roczników uczniów byłoby ze trzy miliony (albo “trzi”, jak mówiła Basia, która była z Bojszów, a oni mają to ‘trzi” zamiast “trzy” genetycznie zakodowane). I mogłoby być więcej, ale w końcu wypuściło nas liceum, dając zdać maturę. Napisałem polski jakoś tak, że dostałem najlepszą ocenę, punkty, czy co to tam było. Kiedy powiesili wyniki, złapałem Panią na korytarzu i niemal rzucając się na szyję, uradowany wykrzyknąłem:
– “Pani Profesor, to ja dzięki Pani jestem zwolniony już z ustnego, bo dobrze napisałem!”
– “Zmuda, czy ty naprawdę myślisz, że ja cię chcę jeszcze na ustnym oglądać? Już wystarczy, to ci piątkę dałam!” – powiedziało uosobienie mowy polskiej i skierowało się w stronę pokoju nauczycielskiego. Po paru krokach jednak uosobienie przystanęło, odwróciło się i przez złośliwy uśmieszek przebiło słońce.

Był maj, skończyło się liceum, resztki dzieciństwa i w miarę proste życie. A Pani, choć o tym nie wie, trwa sobie we mnie w najlepsze. Ostatecznie nie po to zmusiła mnie Pani do fascynacji nawet tą cholerną “Lalką”, żeby sobie bezkarnie zniknąć razem z liceum. I widzę nawet teraz ten uśmieszek, małe światło na wyspie, z której pokazała mi Pani morza spokojne i wariackie oceany.

Podaj dalej