Warsztat odnowy nóg

Na tablicy w bramie stało: “St. Kopytko. Odnawianie nóg. Zakład w lewej oficynie (ciągnąć za dzwonek przy oknie)”. Normalnie, jak należy.

Na Powiślu znali go kiedyś wszyscy, bo wszyscy wtedy chodzili na dwóch nogach, chyba że po wypłacie, to na czterech. To zresztą było zrozumiałe, bo wypłaty były krótkie, nogi długie – to i o potknięcie nietrudno, więc trzeba było się asekurować.

Z czasem jednak przestali przychodzić ci, którzy wybrali chodzenie na czterech kółkach. Z rzadka jeszcze zachodzili ci na dwóch i to głównie po to, by poprosić o naprawę stopki. Chciał nawet wywiesić kartkę “Tylko dla dwunożnych”, ale przypomniało mu się “Nur für Deutsche” i poniechał.

“Oni powinni mieć szyld Nasz klient na szpan!” – zżymał się na nielicznych już kolegów po fachu, którzy goniąc za modami zaczęli – faktycznie! – przyjmować wszystko, co tylko kojarzyło się z nogami. Trafiały do nich zatem stopki rowerowe, kolanka hydrauliczne, kostki do gry czy nawet salaterki do galertu z nóżek. A on uparcie, jak jego dziadek i pradziadek, odnawiał prawdziwe nogi. Ojca nie znał. Dziadek łajdak był i przepadł gdzieś pewnie w dalekim, wolskim rynsztoku za gazownią. Tam była republika złoczyńców, ale nawet z tak dalekiego świata przychodzili ze steranymi życiem nogami i prosili: panie, zrób pan coś, to się dłużej nie da tak chodzić po świecie, do cholery!

Nie chodził na skróty w robocie, co to, to nie. Uczyć od niego mogliby się doktorzy od żylaków i ci, którzy w Hollywood nakładają szpachlę na aktoreczki. Kiedy przychodził kto i twierdził, że to tylko łydka szwankuje, więc pewnie da się szybko zrobić, on brał – jak trzeba – na warsztat całą nogę. Za dużo widział, naiwny nie był. Noga to noga i taka – no, powiedzmy – łydka oddziaływa przecie i na piętę, i na udo, jak nie przymierzając, panie tego, Saturn na swoje księżyce.

Swoją drogą, lubił patrzeć w niebo, choć było to pewnie jedyne miejsce, do którego nie wejdzie na własnych nogach. Zresztą, po co mu niebo, skoro tyle do przejścia na Powiślu i reszcie świata?

Odnawiał nogi, które schodziły się do niego z różnymi historiami.

Nogi weselne, zazwyczaj rozchwiane, rozkołysane, lekko wygniecione pod kolanami i lepkie od wina wylewanego pod stół, żeby starosta szybciej wódkę przyniósł. Nogi żałobne, powłóczące, skłonne do schodzenia, nieskłonne do życia. Nogi kochanków, posplatane i ciężkie do oddzielenia – te kładł na warsztat nad ranem, bo wtedy dopiero się dały rozplątywać, ale i tak wracały do niego jak po rozgrzeszenie. Nogi licealne, jak lisie łapy, przyczajone, sprężone do skoku i niepewne kolejnych kroków. Nogi dzieciaków alkoholików z naszej dzielnicy – jak śpiewał Pan Wojtek – zmęczone ucieczkami i zawsze gotowe do przeczołgania się pod stołem. Gładziutkie nogi księżowskie, uginające się pod lekkością życia wśród ludzkich bied. Cichonogi złodziejskie, które przychodziły na podkucie, kiedy chciały, żeby je sumienie usłyszało. Zawieszone na czerwonych szelkach nogi maklerów. Nogi makreli – nie ryb, tylko pań z parkietu (i nie fordanserek, tylko tych z giełdy przy Nowym Świecie) przychodziły na regulację wolnych obrotów. Nogi sportowców, jak żabie udka, susami wskakiwały na warsztat, żeby zaraz popędzić dalej. A jak komu w pośpiechu stary Bóg nóg nie wprawił, to sam majster cuda wymyślał. I taki beznożny Aryston Teles, birbant z czynszówki za elektrownią, mówił potem: o, pan Kopytko to Pierwszy Poruszyciel, bynajmniej na Powiślu.

Niektóre nogi wymieniał, niektóre reperował, innym trzeba było tylko zedrzeć małym heblem kilka niepotrzebnych lat chodzenia w kółko. A te, które mu po wymianach zostawały na składzie – wykorzystywał na wymianę dla innych. Takie dochodzeniówki na czas serwisu. Zdarzało się więc czasami, że ksiądz wychodził z jedną nogą wyjętą ze splotów nad ranem, a drugą żałobną i kulał po parafii potem, póki nie pojął, że ta sama ziemia nosi bez stękania i narzekań rozkosze i cierpienia. Dzieci zamiast pod czołgać się pod stołem wybiegały w świat na żabich udkach biegaczy i odkrywały nieznane radości. Panie nienajcięższych nawyków zamiast byle jakich nóg na gwałt, dostawały wyszukane na dnie szuflady księżowskie nóżki, wypoczęte i nieśmiałe. Małżeństwo Rurkiewiczów z Pańskiej dostało kiedyś nogi licealne – i co tu się dziwić, że w sześćdziesiątym pierwszym roku pożycia powili sobie, ni z tego, ni z owego, dziecię? A pewna makrela (czytaj powyżej uważnie, a nie dziw się tu teraz) w pośpiechu kazała sobie przyprawić cokolwiek poniżej bioder i zamiast na parkiet doplaskała się nad samą Wisłę, bo akurat na składzie wolny był tylko syreni ogon.

Tak, bo i syrenka tu wpadała poplotkować i rybie odnóże oddawała w zdolne dłonie pana Kopytko. I nie tylko ogon, bo rzemieślnik był to wprawny w każdym dziele.

A w gablocie zostawiał sobie co ciekawsze odnóża stałej klienteli. Tam prym wiodła noga pani Dominiki Ciurlilińskiej spod czwórki przy Piwnej. Boże, co to była za noga! Gicz prawdziwa i cud ortopedii! Wspaniały przykład nogi kuchennej, o cerze i jędrności dobrze ulepionego pieroga. Noga prometejska, noga łącząca boskie smaki na stolnicy z ziemią. Tą ziemią.

Na Powiślu znali go kiedyś wszyscy.

I poznają ci, którzy gdzieś po drodze pogubili nogi, albo których nosi po świecie tak, że trzeba im takich nóg, co poniosą ich po drogach, które poszli oswoić. Bo drogi, nawet te nieznane, są dobre. Tylko trzeba mieć je na czym przemierzać.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)