Jak nie stać w miejscu?

Pierwszego razu nie pamiętam. Może nie było dość klimatycznie, dość mocno, może było zbyt wygodnie albo nie skończyłem tam, gdzie zamierzałem. Potem, przez lata, zdarzały się kolejne razy a to samemu (to nie wstyd), a to z dziewczyną czy kumplem. Czasami dla samej zabawy całą grupą na pace starego dostawczaka, w drodze za Jarosław czy w Bieszczady. Obrazków w głowie tyle, że jest czym karmić wyobraźnię nawet teraz, kiedy niby można, ale jakoś już się nie chce. Nadgarstek już nie ten i szybko opada z sił, a czasami trzeba było się nieźle namachać.

Tamtego popołudnia byłem zakochany mniej więcej śmiertelnie i od jakiegoś już czasu dzieliłem marny żywot między Katowice i Kraków. Na Śląsku studia, w Krakowie już też indeks i ach! miłość. Zazwyczaj dojeżdżałem pociągiem, ale pchany ciekawością świata i pustym portfelem – stawałem na niepłatnej jeszcze wtedy autostradzie w kierunku Grodu Kraka. Nie, nie po to, żeby dorabiać (zresztą musiałbym dopłacać chyba). Łapałem stopa.

Czasami wystarczyło tylko zejść i już ktoś się zatrzymywał. Czasami trzeba było się tym nadgarstkiem namachać, przeczytać rozdział Marcela czy dwa opowiadania Kishona, żeby wreszcie ktoś raczył wpuścić machającego na swoje mniej lub bardziej wysiedziane fotele. Wtedy było szaro, buro, chłodno i lało z nieba, jak ze stada koni po tabletkach na drożność nerek. Deszczowych autostopowiczów do samochodów niechętnie biorą, bo czuć mokrym psem i szyby parują. Ale on się zatrzymał. Niebieskim furgonem, pewnie szesnastoletnim.

– Do Krakowa?
– Siadaj.

W tym samym momencie przemknęło mi przez głowę, że może straciłem poczucie czasu w tym deszczu. Kiedy stałem na poboczu – był początek października. Tu, w ogrzanym środku – Boże Narodzenie w pełni. Nad licznikami pasły się owce i inne bydlęta, święty Józef zerkał na obroty, a Maryjka pilnowała prędkości. Dzięciątko uśpione monotonnym dieslem chrapało jak maluch na ssaniu, a trzej królowie wypatrywali gwiazdek na mundurze drogówki. Nad wszystkim długie sznury krótkich świateł choinkowych. Zerknąłem za okno – dalej lało jak z konia, więc był październik, a zatem raczej miałem do czynienia z ekspozycją stałą.

– Wcześnie przygotowane – zagaiłem, bo na drodze tak trzeba.
– Boże Narodzenie jest w ludziach cały rok. Wie pan, ja tak co dzień z Gliwic do Łagiewnik, do sanktuarium. Od siedmiu lat dziękuję za nawrócenie.

Oparłem się i zaczął boleć mnie ząb. Przynajmniej tak musiałem wyglądać, bo wiedziałem, co się święci. I się święciło. Rozpoczęła się odyseja nawróconego, której miałem być świadkiem do samego Krakowa. Niby wygodnie, bo nie musiałem zabawiać kierowcy, a na to niektórzy liczyli ze strony stopowicza, zwłaszcza w długich trasach, kiedy nawet panienki przydrożne powszednieją. Wtedy ostatnim ratunkiem przed nudą jest jakiś darmowy gadacz. Ale co to za wygoda, kiedy…

Ojcowie Kościoła dobrze wiedzieli, co robią, kiedy ustalili ilość stacji krzyżowych. Czternaście. I do jasnej cholery ani pół więcej! Tymczasem już na wysokości Jaworzna wiedziałem, że będę uczestniczył w długiej, bolesnej męce, liczonej nie tylko stacjami, ale i podstacjami, rozjazdami oraz bocznicami. W oczach mego szofera raz po raz pojawiały się szklane refleksy, gdyż szczerze wzruszała go własna historia. Bardzo szczegółowa. Przy kolejnym węźle autostrady dowiedziałem się o grzesznych żądzach żony. Przejeżdżając niedaleko kamieniołomów przyjąłem moralne napomnienia w związku z moim studenckim żywotem. W Chrzanowie nastąpiła stacja trzydziesta czwarta: Pan Janusz dłubie własny różaniec z drewnianych klocków syna. Kilka stacji dalej – Pan Janusz doznaje oświecenia i nawraca się zupełnie.

A ja przeciwnie. Straciłem wszelką nadzieję. Pan Janusz zaczął płakać na całego, za oknem lało tak, że wycieraczki machały już tylko po to, żeby sprawdzić, czy moje źrenice reagują na ruch. Cała święta Rodzina i Przyjaciele zaczęła się modlić do świętego Krzysztofa, poza Józefem, który szpetnie klął w jidysz i wyraźnie kwestionował sensowność boskich planów. Szyby były śliskie od westchnień św. Janusza, droga śliska od deszczu, a i nasze żywoty raz po raz wpadały w poślizg na koleinach. Było mi wszystko jedno. Czekałem zrezygnowany na dachowanie. Wtedy Pan Janusz otrząsnął się i zapowiedział z jakąś radością w głosie, że już niedaleko. Fakt, byliśmy już prawie w Krakowie. I tu nastąpiła nieco nieoczekiwana zmiana moich planów. Myślę, że i Pan Bóg zerknął do Księgi Zdarzeń i mruknął „Kiż pieron? Przeca jo tego niy napisoł!…”.

Pan Janusz ufał najwyraźniej, że człowiek jedzie, Pan Bóg kierownicą kręci, bo spojrzał mi na zakręcie w oczy i zapowiedział z radosnym lśnieniem w oku, że weźmie mnie do sanktuarium. Jęknąłem niby  “Nieeee…”, ale taki Szymon też jęczał, a krzyż pomagał nieść. Tyle, że jego zdaje się zmusili, a ja się, kurwa, sam o to prosiłem. Mimo próśb i podań zajechał, jak dostawcza wersja papamobile, na podwórze kościelne i chcąc-nie chcąc, musiałem z nim wejść do środka. Przeprosił mnie, że musi zostać sam, bo koronka do miłosierdzia. Zniknął w ławkach i pogrążył w modłach. Mnie już nawet nie obchodziła koronka pod spódnicą mojej niemal dozgonnej miłości. Uciekłem jak zając, któremu przypadkowo ktoś wnyki zwolnił.

Zdarzyło mi się jechać na stopa pociągiem towarowym do Szczecina. Zatrzymałem kiedyś nocą, pod lasem kobietę, która wiozła mnie kilka godzin, a świt przegadaliśmy na skrzyżowaniu pod Rudą Śląską. Pomagałem w drodze kierowcy jakiegoś wraka wiozącego padlinę. Jechałem z Leska do Wetliny siedząc przez przypadek na jagodach, by potem przez tydzień mieć zad koloru jodyny. Krążyłem po Podhalu w volkswagenie-ogórku przerobionym na mobilny burdel. Przejechałem autostopem pewnie ze dwie długości równika.

Ale to on czuwa nad moim niepokojem w podróżach. Nie był pierwszy, nie był ostatni. Ale nic potem nie było takie samo. ​Za każdym razem, gdy widzę niebieski furgon boję się, że Pan Janusz znów się zbliża.

*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)