Kultura,  Miejsca,  Polecane,  Społeczeństwo

Krojcok, czyli multiślązok

Słowniczek gwarowy pod tekstem

Co o Górnym Śląsku może pisać ktoś, kto połowę życia, tę mniej więcej dorosłą, spędził nie tylko poza nim, ale na dodatek w miastach przez lata kojarzonych jako nieprzychylne hanysom? Co może powiedzieć wnuk starotyskich Ślonzoków z dziada pradziada i podczęstochowskich rolników pamiętających odrabianie roli na ziemi u jaśnie pana z dworku? Co może opowiedzieć o śląskich losach ktoś, kto urodził się w samym środku prób wykorzenienia tożsamości górnośląskiej? Tak naprawdę, co może powiedzieć o sobie, poza tym głucho brzmiącym zdaniem: wydaje mi się skąd jestem.

I.

Tamtego miasta już we mnie nie ma. Powinienem napisać, że mnie nie ma w tym mieście, ale to właśnie na jedno wychodzi. Kiedy się rodziłem, w domach się godało i mówiło, ale jednak w szkołach, urzędach, zakładach pracy (nikt chyba nie mówił wtedy „firma”), na ulicach i w kościołach przeważał przynajmniej śląski akcent. Trochę tę gwarę tępiono – pamiętam nauczycielkę, która broniła nom godać i traktowała nasz akcent jak zbrodnię na języku polskim i patriotyzmie. A potem – jako jedyna z grona pedagogicznego – przy pierwszej nadarzającej się okazji czmychnęła do Reichu. Tyle było jej patriotycznej pedagogiki.

​Teraz gwara wraca w miastach, tam, gdzie zaniknęła, a rozkwita w małych miejscowościach, gdzie przetrwała, choć zubożona i zastygła. Ale nie ma już ciotek, starzyków, omów (babć), po ulicach nie przemyka prosta jak strzała ciotka Francka na rowerze zdobionym plecionymi błotnikami, a pieszo Zośka, Rózia zza młyna, Irmina, Truda i ich koleżanki, wszystkie w śląskich kieckach, odświętnych jaklach i szykownych taśkach.

​Tego miasta, którego nauczyli mnie na pamięć nie ma. Nie ma mostka, z którego paroletni wtedy mój starzik niechcący wrzucił pierwszą zarobioną na pilnowaniu dzieci monetę, a potem chodził z poduszką na rzyci, bo wiedział, co będzie, kiedy ojcowie się dowiedzą. Nie ma żyjących powstańców i poduszek z medalami nad ich łóżkami. Nie ma świata, w którym uczyłem się balansować między berami i bojkami zmyślanymi na poczekaniu przez dziadka w laubie w letnie popołudnie, a czymś, co przypominałoby prawdę. Nie ma świata, który jeszcze w filmach Kutza był czymś oczywistym, choć odchodzącym. Razem z Karlikiem Habryką z „Paciorków jednego różańca” odszedł na ciemną stronę hołdy Śląsk, który sam siebie rozumiał. Nie ma opowieści, są przekazy. Nie ma ornamentowanych szranków, są muzea miejskie. To zniknęło, a ja wyprowadziłem się z tego, kiedy zachodziło mgłą. Nie ma też we mnie tego sklejanego z różnych czasów kościoła, który stoi w środku Starych Tychów i przypomina o tym, że nawet religia nie była tu jednorodna.

Obraz

Stary kościół w Tychach.
Tam, gdzie stoją samochody, jeszcze na początku dwudziestego wieku był staw.

II

Śląska religijność, w każdym razie taka, jaką poznałem, to wiara ludzi niepokornych. Tu farorz nigdy nie miał ostatniego zdania, jeśli wadziło się ono ze zdrowym rozsądkiem lub poczuciem godności. Dlatego pewnie Śląsk, który pamiętam, miał szczęście do biskupów pokornych wobec mądrości ludzi i stąd znających, co znaczy codzienna godność. Ale że ludzie są ludźmi, a tym co bardziej rozanielonym brakuje rozsądku – bywało różnie. Mój starzik przestali chodzić do kościoła, bo ktoś nie dopilnował, żeby ludzie mogli dosiedzieć w tych samych ławkach swoje pobożne życie. Powie ktoś, że niechodzenie na msze z powodu zlikwidowania stałych miejsc w ławkach – to niepoważne. Przecie nie dla ławek idzie się na nabożeństwo. Ale to właśnie takie małe ​gesty sprowadzały niebo ​na ziemię, ​​​a to znaczy – pozwalały niebu tu działać i zbawiać. Ludziom po nic było tu Niebo dalekie, gdzieś ponad chmurami. Może to przez ethos kopalni wszystko schodziło o poziom niżej: niebo miało być bliskie ziemi, a piekło nie było aż tak straszne, skoro tam gdzie w innych kulturach straszyły już belzebuby – tu schodzili ludzie, którzy niewielu rzeczy się bali.

III

Moi sąsiedzi zabrali ze sobą niechcący koniec mojego dzieciństwa, kiedy z ostatnią falą tych, którzy wyjeżdżali na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych do Reichu. Nie pamiętam, żeby mówiło się inaczej na Niemcy inaczej niż Reich, zwłaszcza, że mówiło się głównie w kontekście emigracji i paczek. O ile wschodnie Niemcy to była jakaś dziwna zagranica, a Ameryka czy Francja były zagranicą prawdziwą, to Reich był czymś niemal oswojonym. Część znajomych miało „kogoś w Niemcach”, zaś ci, którzy wyjeżdżali – szukali papierów swoich dziadków lub ojców wcielonych do Wehrmachtu, bo to podobno dawało jakieś większe możliwości. Nikt tam, kilkanaście kilometrów od Auschwitz nie miał wątpliwości, kto je budował, ale i nikt nie miał wątpliwości, jak wyglądało wcielanie do wojska w czasie wojny. Być może koledzy moich starzików byli oswojeni trochę z tym, że na Górnym Śląsku do wojska raz brali Polacy, raz Niemcy. Tej nieoczywistości starają się czasami nie widzieć ludzie, którzy nie mają doświadczenia historii życia na pograniczach.

​Mnie ta niejednoznaczność losów kazała pożegnać dzieciństwo, kiedy starą Warszawą moi sąsiedzi odjechali na autobus do kraju, w którym wciąż żyli ci źli z przygód Hansa Klossa i gdzie jednocześnie czekała nadzieja na normalne życie. Kiedy Warszawa zniknęła za skrzyżowaniem, zamiast dzieciństwa było już tylko dorastanie. Zamiast dzieciństwa, które myślało, że świat będzie opowiadało przez pochylone „e” i „o”; które zdziwione dowiadywało się, że można mieć w budynku „klatkę” zamiast „sieni”; że można nie wiedzieć, co to jest „kokotek” i „ciaplyta”. A przecie Bóg stworzył człowieka z ciaplyty! No, a niby z czego miał stworzyć, skoro tak nas do ziemi ciągnie całe życie? Bóg jest Bogiem zadrosnym, bronił swojego budulca i odganiał nas od kokotka, żebyśmy tej ciaplyty nie robili. Mieszkał na piętrze i objawiał się przez kuchenne okno głosem donośnym, przybierając twarz dziadka Pawła. ​

IV

Podrosłem i z Tychów wyprowadziło mnie lenistwo. Dosłownie niemal. Moje pilne koleżanki z ławek i koledzy-synowie co bardziej nieustępliwych rodziców, trafili do tyskich liceów. Gdyby nie matematyka, byłbym pewnie jednym z tych humanistycznych wiele obiecujących. Pewnie skończyłbym na polonistyce i wyrywał się do Krakowa lub Warszawy z mniejszych Tychów. Tymczasem dziwnym sposobem trafiłem do bieruńskiego liceum i zacząłem wyrywać się do jeszcze mniejszych miasteczek i wiosek. Bieruń, starszy od Tychów, był przez chwilę nawet ich dzielnicą. Na swoją skalę podzielił też ich los, kiedy po wojnie tuż obok postanowiono wybudować Nowy Bieruń. Do liceum zjeżdżali ludzie od Mikołowa do Oświęcimia, a przede wszystkim z wiosek wokół. Norwida i Morrisona czytałem w starych Nyskach, które wtedy służyły resztką sił jako busy.

Tam, w Jajostach, Bojszowach czy Miedźnej zagrywaliśmy gitary, robiliśmy kabarety, spalaliśmy wagony nienajtańszych fajek i spijali napoje teoretycznie niedostępne. Czym te noce różniły się od tych, które spędzałem z innymi z wielkich Tychów, a potem Krakowa? Niczym. Noclegi były wygodniejsze, a czasami i przyjemniejsze. Gdyby nie to, wyrósłbym może i na poetę z telewizji i gładki byłbym. A tak, siedzę na płocie i mam nieprzeparte wrażenie, że lepiej się włóczyć po świecie. Czasami przy dźwiękach muzyki, która w jakimś sensie wyrasta ze śląskich krajobrazów.

SBB, dla tych,którzy nie znają – być może niezbyt oczywista muzyka, ale warto sobie przypomnieć,
​co Silesian Blues Band robił progresywnie w latach siedemdziesiątych.

V

Tamte noclegi zamieniły się pewnie na sypialnie dla dzieci, które zaczynają teraz właśnie zgrywać gitary tyle, że mają ich większy wybór. A skądkolwiek nie wracałbym do Tychów, których już nie ma, trafiałem w miejsce, które – póki było – było moim śląskim Greenwich, południkiem zero rozumienia swojego miejsca. Babcia z dziadkiem na Górny Śląsk przyjechali z kraju na tyle bliskiego, by często wracać tam pekaesem, a na tyle odległego, by jednoznacznie być tu gorolami. To tam, w starych blokach na osiedlu B, pierwszy raz usłyszałem „klatka” zamiast „sień”. I choć nikt nie znał takiego słowa, to tam właśnie wynaleziono multikulti. I to skuteczne. Na jednej klatce mieszkały rodowite hanysy i gorole spod Częstochowy, Poznania i Krakowa. Katolicy, ewangelicy i świadkowie Jehowy. Temperamentni, łagodni, bogatsi i biedniejsi. Mieli klucze do swoich mieszkań, zachodzili na kawę i przechowywali wnuki sąsiadów, które nie zastały swoich dziadków.

Droga na drugie piętro zaczynała się przed wejściem od rozmowy z Panią Jolą z parteru, zadowoloną, że wnuk gorolki tak se ś niom po naszymu godo; na schodach „cześć-cześć” przez rówieśnika spod dwójki, zerkanie do skrzynki na listy, pomarszczony od zawsze uśmiech na pierwszym piętrze, wreszcie – nim otwarło się drzwi do babci – sąsiadka ze środkowych drzwi, wysoka i zagadująca. Cały ten świat, w którym zacząłem uczyć się znaczenia słowa „inne”, „trwałe”, „wspólne”, „nasze”, „prywatne”, „osobne”. To znaczy znaczenia słowa sąsiad. Bo to najlepszy synonim „bliźniego”. Nikt nie stawał się kim innym, niż był. Nie udawał, że przychodzi skądinąd, ani że idzie gdzie indziej, niż chciał. Gorol był gorolem, hanys hanysem. Ale… Kiedy wiekowa już wtedy, malutka K. z pierwszego piętra, żachnęła się przy jakiejś okazji, że wszystkiemu winni są gorole, moja babcia odpaliła: znaczy ja? A tamta, przytulając babcię pod ramię, odrzekła: no, ale tyś jest nasza gorolka, stąd. Babcia to wypominała, ale dalej trzymały u siebie klucze, przesiadywały pod ławką i dzieliły się cukrem.

Obraz

Prababcia Rózia z siostrą. To ze śląskiej strony rodziny. Na zupełnie inną opowieść.

Granice i nieufność były tylko w słowach, które rozwiewały się w pukaniu do drzwi, za którymi było bezpiecznie i ciekawie. To był mój Śląsk. Nie hanysowo, tylko wspólnota losów na ziemi, której niełatwą gościnność przyjmowało się w końcu jako swoją. Ten mój Śląsk to kuchnie obu babć. Tej stąd od pradziadów, od godki i tradycji, z maszkietami, których nawet na Olimpie nie znali. I tej, która tam daleko wzięła ślub z dziadkiem, a potem – przypadkiem jakby – z miejscem, które uznała za swoje i której to miejsce byłoby jałowe i zgłodniałe najlepszych obiadów i pierwszorzędnych herezji.

Niektórzy są synami ziemi. Tej ziemi.
Ja jestem wnukiem moich babć.

VI

Za szybami samochodów i sypialni śląskich częściej widziałem ogrody niż kopalnie. Żyłem, spałem, jadłem w miejscach, których być może już dziś bym nie odnalazł, albo które zostały bezpowrotnie skoszone pod nowe osiedla. Błąkałem się między familokami Michałkowic i przesypiałem randki pod pałacem w Pszczynie, grałem bluesa z górnikami lejąc piwo z browaru, w którym robiły co najmniej trzy pokolenia moich dziadków.

​Cały ten Górny Śląsk – za mały, żeby w historii do końca zwyciężać przeciwności losu i za duży, zbyt zróżnicowany, żeby skupić się na myśleniu o jednorodnej wspólnocie – nie przestaje być mój. Nawet, jeśli nie ma i nie będzie już tego, co było. Kiedyś zróżnicowany kulturowo, ale scalony wspólną historią, dziś jest nie tylko miejscem najbardziej głębokich przemian Śląsk zaczyna robić się ruchliwy i w końcu – być może – znajdzie swoje miejsce w kulturze ludzi, dla których nie przestaje być bliskim pytaniem, niezależnie od tego, pod jakim niebem to pytanie chcą stawiać. Tu, na tym blogu na poboczu, może uda się kilka postawić.

* * *

SŁOWNICZEK NIEALFABETYCZNY, ALE KRÓTKI

  • Olimp – mityczna hołda, na której ucztowali bogowie, a którą usypał Hefajstos, sztygar najstarszej kopalni, zesłany w podziemia przez Zeusa za to, że w Barbórkę sam wypił kistę piwa;
  • Kista – skrzynka (piwa), podstawowa miara towarzyskiego spożycia piwa (zwłaszcza Gronie); mit o kiście piwa legł u podstaw historii o Olimpie, którą wieńczy pieśń boga Apollo „Ukryte skarby pod ziemią…”;
  • Apollo – chłop, który nawet na gruba jeździł z lusterkiem, przez co był obiektem śmiechów górniczej braci oraz cigi, która Morcinkowi pomyliła się z koniem, przez co napisał „Łyska z pokładu Idy”;
  • Łysek – strzałowy Alojz „Perzik” Nochol, który kudłami nie grzeszył; pomylony przez Morcinka z koniem, który wcale nie był łysy, bo miał grzywę, której Alojz nie miał;
  • Kudły – to, co w końcu wypada na głowie każdego szanującego się chłopa, nawet na grubie;
  • Gruba – kopalnia; nie mylić z tęgą kobietą, która zazwyczaj ma na imię Hilda i mo zopaska, kierom jej podżyro ciga;
  • Ciga – koza; zob. też „Apollo” i „Łysek”;
  • Podżyrać – podjadać;
  • Starzik – dziadek;
  • Oma – babcia;
  • Kiecka – spódnica;
  • Jakla – marynarka, kurtka;
  • Tasia (taśka) – torba (torebka);
  • Kokotek – kran;
  • Ciaplyta – błoto;
  • Lauba – altana;
  • Bojka – baśń, opowiadanie;
  • Bery – żarty ;
  • Rzyć – no, jakby się nie starać, to to po prostu znaczy: dupa. Ale wymawiać przez “i” bardziej niż “y”.
*** Jeśli chcesz - polub, skomentuj poniżej i podaj dalej :)